6 myśli po porażce z Koreą

Ostatni weekend kibice mogą zapamiętać z wielu powodów - tryumfu Realu na Camp Nou, zwycięstwa Lecha z Legią czy zapewnienia sobie mistrzostwa Niemiec przez Borussię Dortmund. W mojej głowie najskuteczniej utkwiło jednak to, że polscy hokeiści przegrali z Koreą mecz i walkę o awans do grupy A I Dywizji, skazując się na kolejny rok walki z hokejowym trzecim światem (dosłownie). Postanowiłem zastanowić się, co wynika z tego smutnego dla polskiego hokeja spotkania.

1. Z naszym hokejem jest źle

A nawet nie źle, tylko fatalnie w porywach do tragicznie. Oglądając spotkanie z Australią wydawało mi się, że to może tylko rozluźnienie z teoretycznie słabym rywalem, ale po Korei naprawdę miałem ochotę zapytać gdzie trzeba wysłać CV na stanowisko reprezentanta Polski w hokeju. A najgorsze, że kolejny brak jakiegokolwiek sukcesu, to kolejny brak powodów, by młodzież w Polsce zainteresowała się hokejem, sprawiając, że sport, w którym niegdyś byliśmy naprawdę nieźli, przestanie być uważany za bardziej niszowy niż rzut burakiem na czas.

2. Nie ma przypadków

Od czasu, kiedy w 2002 roku Polacy spadli z grona najlepszych drużyn, niemal zawsze uznawano ich za faworytów w batalii na zapleczu elity. Tymczasem przez 10 kolejnych turniejów nasi nigdy nie zdołali awansować i to przegrywając szanse na sukces nie tylko z zespołami uznawanymi za silniejsze, jak Kazachstan, Włochy czy Słowenia, ale także takimi, które uznawano za równe albo i słabsze w stylu Węgrów, Brytyjczyków, Ukraińców czy teraz Koreańczyków. Wcześniej można było myśleć, że to klątwa albo ostry przypadek chronicznego pecha, ale porażka z Koreą na własnym lodzie i to mimo prowadzenia 2:0 pokazuje, że nasi są prawdopodobnie organicznie niezdolni do jakiegokolwiek awansu i gdyby wrzucić ich do Dywizji III, to zostaliby w niej, ulegając potęgom pokroju Turcji czy Nowej Zelandii.

3. Korea jest straszna.

W czasie oglądania meczu w Krynicy powróciły koszmary z innego spotkania, na innych mistrzostwach świata, kiedy to nasi bohaterowie mieli gładko wygrać z Koreą, tylko ktoś zapomniał powiedzieć o tym Koreańczykom. Podobnie jak ktoś zapomniał powiedzieć Edycie Górniak, że ''Mazurek Dąbrowskiego'' to nie kolęda. Teraz długie krążki na Laszkiewicza okazały się równie nieskuteczne, co długie piłki na Kałużnego. Mam wrażenie, że Polacy po prostu nie są w stanie wygrać jeśli gra przeciw nim ktoś, kto nazywa się Kim. Nawet Kim Basinger.

Kim Basinger na okładce PlayboyaKim Basinger na okładce Playboya fot. Internet

4. Piłkarze powinni się cieszyć

Jakby na to nie spojrzeć, właśnie organizowaliśmy w Polsce ważny turniej, w którym po naszej reprezentacji oczekiwaliśmy bardzo dużo. Za półtora miesiąca w Polsce odbędzie się inny ważny turniej, na którym chcąc-nie chcąc i nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi, będziemy liczyli na biało-czerwonych. Nie można wykluczyć, że oczekiwania te zawiodą, ale teraz jesteśmy już na to przygotowani i nie umiem sobie wyobrazić, co kadra Smudy musiałaby wywinąć, żeby rozczarować kibiców bardziej niż kadra Pysza. Chyba odmówić występu tłumacząc się koniecznością zabawy My Little Pony. 5. Hokej rządzi

Odwróćmy sytuację i spójrzmy na to oczami Koreańczyków. Przyjeżdżają do obcego kraju, w którym o domu przypominają im tylko wielgachne reklamy . W decydującym meczu muszą zmierzyć się z wielkimi facetami, którzy w dodatku mają po swojej stronie publiczność. Przegrywają już 2:0, ale odrabiają straty i wygrywają, zdobywając upragniony awans. Świetny scenariusz ''Potężnych Kaczorów 4'', prawda?

6. Nie ma jak dobre obchody

W tym roku minęło 80 lat od momentu, gdy polscy hokeiści zajęli najwyższe w historii miejsce na igrzyskach olimpijskich. W Lake Placid byli tuż za podium - na czwartej pozycji. Dlaczego porażka z Koreą jest dobrym sposobem na uczczenie tego? Zgadnijcie ile drużyn wówczas wystartowało. Czwarte miejsce, będące równocześnie ostatnim moim zdaniem brzmi jak wywalczone teraz wicemistrzostwo świata... na Mistrzostwach Świata Grupy B Dywizji I. Jeżeli 100. rocznicę Igrzysk w 1932 nasi będą chcieli uhonorować jeszcze efektowniej, to chyba jestem za końcem świata 2012 roku.

Andrzej Bazylczuk

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU