Sport.pl

Poligon: Udawanie Greka, czyli polsko-greckie zmagania pucharowe

Przypominanie historii pojedynków polsko-maltańskich nie pomogło i Ruch Chorzów popisał się dwoma remisami z FC Valetta. Nieprzypominanie historii pojedynków polsko-czeskich też nie pomogło i Lech Poznań przegrał mecz ze Spartą Praga, co jeszcze o niczym nie świadczy, ale humor psuje wystarczająco. Trudno, skoro żadne voodoo nie działa, to zaciśnijmy zęby i wracajmy do pucharowej tradycji.

Dziś wielki dzień w Białymstoku i okolicach - Jagiellonia w eliminacjach Ligi Europejskiej podejmuje Aris Saloniki. Na stadionie będą tłumy, na parkingu przed stadionem też, ale jeśli Szanowna Wycieczka zobaczy tam kołyszącą się czarną Wołgę oblepioną Grundolami, to lepiej niech nie zagląda do środka. Kolejny raz w pucharach polska drużyna spotyka się z grecką, zerknijmy więc na historię tych pojedynków i sprawdźmy, czy statystyka jest po naszej stronie. Bo sprawiedliwość - zwłaszcza dziejowa - jest na pewno.

Polska i Grecja - dwa bratan... dwie siostrzenice piłkarskie. Kazimierz Górski, Jacek Gmoch i Andrzej Strejlau do dziś wspominani są tam z podziwem i szacunkiem, Józef Wandzik doczeka się pewnie kiedyś pomnika przed stadionem Panathinaikosu, a Krzysztof Warzycha to nawet własnej ulicy w Atenach albo jakiegoś sporego placu, a niektórzy kibice ''Koniczynek'' byliby pewnie gotowi obwołać go świętym. Z wdzięczności za naukę i pomoc, Grecy ofiarowują dziś naszym gwiazdom okazję do spokojnej i pokaźnej sportowej emerytury, a czasem nawet pozwalają odejść za porozumieniem stron, gdy pojawia się oferta lepsza... czy jakakolwiek. A jak to było w europejskich pucharach, gdy żadne sentymenty nie wchodzą w grę, bo ''albo my ich, albo oni was''?

Pierwsze polsko-greckie spotkanie na odpowiedzialnym odcinku pucharowym miało miejsce w roku 1962. Polonia Bytom... słucham? Nie, to nie żart. Polonia Bytom spotkała się z mistrzem Grecji Panathinaikosem Ateny. Dwudziestotysięczna publiczność w Bytomiu... Słucham? Nie, to też nie żart. Dwudziestotysięczna publiczność w Bytomiu najpierw eksplodowała radością, gdy w 28. minucie bramkę dla Polonii strzelił Norbert Pogrzeba, a już minutę później chwyciła się za głowy i usiadła ze smutnym rozmachem, bo Dimitris Theofanis wyrównał. Na szczęście w 70. minucie Józef Jóźwiak strzelił zwycięskiego gola i do Aten Polonia pojechała już spokojniejsza.

Grecy mieli szczytny plan pokonania Polonii pod każdym względem, ale udało się to tylko kibicom - na trybunach zasiadło ponad 23 tysiące widzów. Piłkarze spisywali się trochę gorzej: Polonia objęła prowadzenie po strzale kapitana zespołu, Jana Liberdy. W 38. minucie wyrównał Panakis, ale wtedy przypomniał o sobie Henryk Kempny. Przypomniał w sposób nie dający się zapomnieć: najpierw strzelił Grekom bramkę na ''do widzenia'' i w 44. minucie zrobiło się 2:1 dla Polonii, a tuż po przerwie strzelił na ''dzień dobry'' i było 3:1. Gospodarzy dobił w 70. minucie Pogrzeba i Polonia awansowała do kolejnej rundy, w której trafiła na Galatasaray Stambuł, o czym mówić nie będziemy, bo to nie jest pora na takie słowa.

Rok później w Pucharze Zdobywców Pucharów Zagłębie Sosnowiec grało z Olympiakosem. Piętnastokrotny (wówczas) mistrz Grecji wygrał pierwsze spotkanie 2:1 i wyglądało na to, że spokojnie przejdzie do dalszych gier, gdy w Sosnowcu Zagłębie wygrało po bramce Kramarza i trzeba było rozegrać dodatkowy mecz. Trzecie spotkanie ponownie wygrał Olympiakos, tym razem 2:0 i Zagłębie odpadło z PZP, a jego kibice do dziś żałują, że przepis o podwójnie liczonych bramkach na wyjeździe wprowadzono tak późno.

W sezonie 1969/1970 w także w Pucharze Zdobywców Pucharów na Olympiakos trafił Górnik Zabrze. Śląsk trochę się zaniepokoił, a zza Brynicy dochodziły złośliwe chichoty, zwłaszcza, gdy w meczu wyjazdowym Górnik męczył się i w końcu wrócił do domu z remisem 2:2 (obie bramki strzelił Wilczek). Po meczu rewanżowym całe Zagłębie ucichło, a zabrzańska publiczność wprost przeciwnie: oklaskom i śpiewom nie było końca. Górnik rozgromił Greków 5:0, a bramki strzelali Wilczek, Banaś (dwie), Skowronek i Szołtysik. Jak Górnik radził sobie w dalszych rundach PZP wiedzą wszyscy kibice w Polsce. Ci z Sosnowca też.

W sezonie 1973/74 w Pucharze Zdobywców Pucharów reprezentowała nas Legia Warszawa. Dwumecz z PAOK Saloniki nie był pasjonującym widowiskiem i nie przeszedł do historii polskiej piłki. Legia zremisowała 1:1 w Warszawie, przegrała 0:1 w Salonikach i odpadła z rozgrywek już w pierwszej rundzie. Dziś na nikim nie zrobiłoby to wrażenia, bo nie takie wtopy polskie kluby zaliczały ostatnio, ale wtedy taki wynik zabolał i to mocno. A jeśli Szanowna Wycieczka nie boi się, że rozbolą ją oczy - oto skrót spotkania w Warszawie. Jeśli ktoś zmęczy się oglądaniem meczu, polecam zerknięcie na reklamy na bandach i za bramką.

Cztery lata później na tenże sam PAOK i w tym samym Pucharze Zdobywców Pucharów trafiło Zagłębie Sosnowiec. Dwukrotne gładkie 0:2, proszę posprzątać i nie wspominajmy o tym więcej. Cisza trwała aż 10 lat - w 1987 roku w Pucharze Mistrzów Górnik Zabrze znowu trafił na Olympiakos Pireus. ''Dobra wróżba'' pomyśleli kibice Górnika, a kibice zza Brynicy pomyśleli, że ech, fajnie byłoby znowu zagrać w europejskich pucharach. W Pireusie, na oczach 40 tysięcy widzów Górnik wywalczył remis 1:1, a w rewanżu najpierw trafił Ryszard Cyroń, potem Andrzej Iwan, Grecy zdołali trafić tylko raz i to Górnik awansował do kolejnej rundy, w której poległ w dwumeczu z Glasgow Rangers. Swoją drogą, łza się w oku kręci, kiedy się zerknie na ówczesny skład Górnika: Wandzik w bramce, w obronie Grembocki, Kostrzewa, Dankowski i Piotrowicz, w pomocy Matysik, Cyroń, Klemenz, Komornicki, w ataku Iwan i Urban...

W sezonie 1990/1991 Józef Wandzik bronił już bramki Panathinaikosu Ateny, który w Pucharze Mistrzów zmierzył się z Lechem Poznań. Mecz w Poznaniu od początku ułożył się po myśli ''Kolejorza'' - już w pierwszej minucie do bramki Wandzika trafił Czesław Jakołcewicz, kilkanaście minut później powtórzył ten wyczyn, obrona Lecha nie dała pograć Krzysztofowi Warzysze, a w drugiej połowie Marek Rzepka podwyższył na 3:0 i wiadomo było, że Lech tego pojedynku już nie przegra. W Atenach ''Kolejorz'' zagrał na luzie, pozwolił nawet Grekom na chwilę radości, gdy tuż przed przerwą Saravakos trafił na 1:0, ale potem Bogusław Pachelski i Kazimierz Moskal rozstrzelali nadzieje ''Koniczynek'' i to Lech awansował do dalszych gier.

W roku 1994 na dzisiejszego przeciwnika Jagiellonii, drużynę Aris Saloniki, trafił GKS Katowice. Pierwszy mecz zakończył się wygraną Gieksy 1:0, w rewanżu lepsi okazali się Grecy (piękna bramka), dogrywka niczego nie rozstrzygnęła i trzeba było strzelać rzuty karne. Kiedy Maciejewski posłał piłkę nad bramką sprawa wydawała się rozstrzygnięta. Jak jednak mawiał Kazimierz Górski, symbol piłkarskiej przyjaźni polsko-greckiej: ''Dopóki piłka jest w grze''... A zresztą, co ja będę Szanownej Wycieczce truł literkowo, niech Szanowna Wycieczka obejrzy to sobie na własne oczy:

Jak widać Krzysztof Kotorowski nie był pierwszym polskim bramkarzem, który w karnych rozstrzygał losy awansu.

Kolejny dwumecz polsko-grecki rozegrała w sezonie 1995/1996 Legia Warszawa i było spotkanie niemal na szczycie, bo w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Zakończony bezbramkowym remisem mecz w Warszawie (rozegrany na... a bo ja wiem, co to było? Murawa jednak na pewno nie) dawał nadzieje na korzystne rozstrzygnięcie w rewanżu, niestety w Atenach Panathinaikos rozjechał Legię 3:0 (dwie bramki strzelił Krzysztof Warzycha) i było po herbacie.

Legia zemściła się na Panathinaikosie rok później. Początkowo nic na to nie wskazywało. Mecz w Atenach zaczął się co prawda dla Legii całkiem nieźle, kiedy w 3. minucie Czykier zdobył pierwszego gola, ale potem zaczęli trafiać Grecy i w ciągu ośmiu minut zrobiło się 3:1 dla gospodarzy. Potem trafił Kucharski, na 4:2 podwyższył Georgiadis i wydawało się, że marzenia o awansie posłużą sobie na ouzo. Tymczasem kibice w deszczowej Warszawie mogli obejrzeć jeden z najbardziej emocjonujących meczów pucharowych Legii: najpierw swoje okazje marnowali Grecy, potem Polacy, następnie Polak z Grecji, aż wreszcie na 1:0 trafił Marcin Mięciel. Potem znowu nastąpiła obustronna wymiana pudeł, a kiedy zegar zaczął odmierzać ostatnią minutę, Legia po rzucie rożnym i akcji Mięciel-Kucharski podwyższyła na 2:0 i dzięki bramom strzelonym na wyjeździe awansowała dalej.

Niestety w następnej rundzie powtórzyła się sytuacja z pierwszego pojedynku polsko-greckiego. Na pogromców drużyny z Hellady czekał zespół turecki (tym razem był to Besiktas) i odesłał ich do domu.

Los bywa złośliwy, więc serial Polska kontra Panathinaikos trwał - w 2000 roku na ''Koniczynki'' trafiła Polonia Warszawa. Mecz w Warszawie doprowadzał starszych kibiców Polonii na skraj zawału, a młodszych na skraj starości. Krzysztof Warzycha na 0:1, Fyssas na 0:2, tętno 300/120, na 1:2 Kiełbowicz, na 2:2 Kaliszan, chyba nie jest źle. Remis to jednak remis, nawet jeśli ze wskazaniem na Greków. Niestety w Atenach nie było powtórki z rozrywki. Znaczy była, ale tylko w części - Grecy strzelili dwie bramki, a Polonia zdołała odpowiedzieć tylko jednym trafieniem Arkadiusza Bąka i odpadła z eliminacji Ligi Mistrzów.

Napisałem, że los bywa złośliwy? Ba! Bywa bardzo złośliwy, bywa wredny i czasem chciałoby się mu powiedzieć ''Tyyyyy... i tak dalej''. W roku 2005 w eliminacjach Ligi Mistrzów Wisła Kraków trafiła na... Tak jest. Na Panathinaikos. Mecz w Krakowie napawał optymizmem: Wisła zagrała ładnie i z pomyślunkiem, wygrała 3:1 po bramkach Pawła Brożka, Kalu Uche i Tomasza Frankowskiego, a prezes Cupiał po raz pierwszy od lat uwierzył w awans do Ligi Mistrzów.

Niestety w rewanżu zadziałała ''głowologia'' - Grecy wiedzieli, że muszą gryźć trawę i przeciwnika, bo inaczej publiczność zagryzie ich samych, a połowa wiślaków nie myślała o meczu, tylko o pieniądzach, jakie zarobi dzięki awansowi. Zwłaszcza jeden z zawodników rozkojarzony był bardzo i na treningach ciągle pytał kolegów, czy wiedzą, jaka kasa jest do zdobycia. Niestety, nikt go nie udusił...

Do 62 minuty mecz układał się po myśli wiślaków. No, przynajmniej w części - parę razy mogli rozstrzygnąć sprawę awansu, ale świetne podania grającego z kontuzją Tomasza Frankowskiego marnowane były przez kolegów, a zwłaszcza przez tego jednego, którego nikt nie udusił. W 62. minucie Grecy objęli prowadzenie. Wiślaków jakby to nie za bardzo obeszło, bo liczyć potrafili. Trzy minuty później Emmanuel Olisadebe podwyższył na 2:0. To już zrobiło wrażenie - Wisła rzuciła się do ataku i w 78. minucie Radosław Sobolewski zdobył przepięknego gola kontaktowego, niestety 8 minut później sędzia nie uznał bramki Marka Penksy, a chwilę potem Grecy wyrównali stan rozgrywki: Papadopoulos strzelił na 3:1 i konieczna okazała się dogrywka.

Którą Wisła przegrała - Dariusz Dudka nie upilnował Kotsisa, Radosław Majdan wykonał swoje tradycyjne ''Pójdę... albo wrócę... albo może nie wrócę?...'' i Panathinaikos fuksiarsko zdobył czwartą bramkę (no przecież nie napiszę, że Wisła frajersko ją straciła, bo to nieładnie kopać leżącego). Najlepszy w meczu zawodnik Wisły Tomasz Frankowski stracił po tej porażce ochotę na dalszą grę w szeregach ''Białej Gwiazdy'' i naprawdę trudno mu się było dziwić.

Rok później los uznał, że wystarczająco doświadczał rodaków legendarnego Jerzego Szajnowicza-Iwanowa i zamiast Panathinaikosu dał Wiśle Kraków za przeciwnika zespół Iraklisu Saloniki. Stawką dwumeczu był awans do fazy grupowej pucharu UEFA. Pierwszy mecz Wisła przegrała w stylu nędznym, wiele jednak wskazywało, że piłkarze grali nie tyle o awans, ile o dymisję trenera Petrescu. Udało się - po porażce 0:1 prezes Cupiał uznał, że wymiana 16 graczy może być trochę droższa niż wymiana jednego trenera i zwolnił Dana Petrescu, a na jego miejsce zatrudnił Dragomira Okukę. Ucieszony takim obrotem sprawy zespół wygrał rewanżowe spotkanie po bramkach Nikoli Mijallovicia w doliczonym czasie gry oraz Mauro Cantoro w dogrywce i awansował do fazy grupowej. A prezes Cupiał utwierdził się w głębokim przekonaniu, że zwalnianie trenerów to dobry pomysł.

13 pojedynków - z czego w siedmiu tryumfowaly polskie drużyny. 27 spotkań, 11 wygranych, 5 remisów, 11 porażek, stosunek bramek - 38:35. Dziś Jagiellonia staje przed szansą polepszenia tego bilansu. Czymże jednak jest jakiś bezpłciowy bilans, gdy się po raz pierwszy w historii klubu gra w europejskich pucharach, a cała Polska trzyma kciuki, bo po występach Ruchu i Lecha punkty do rankingu krajowego potrzebne są jeszcze bardziej. No to, proszę Jagieillonii, do boju, ku chwale i jak dla mnie mecz nie musi być kalos, byle tylko wynik był kaghatos.

Andrzej Kałwa

Poligon to rubryka Z czuba.pl w której Andrzej Kałwa pisze o polskiej ligowej rzeczywistości, która jaka jest - każdy widzi, a niektórzy nawet sądzą, że ją rozumieją.

Więcej o: