Z cyklu "Nieznani, a szkoda": Polscy olimpijczycy z roku 1936 część 2 - militarna

W poprzednim odcinku naszego odkopywania losów polskiej reprezentacji z igrzysk w Berlinie w roku 1936 skoncentrowaliśmy się na postaciach o pogmatwanych losach, tudzież kandydacie(tce) na przedmiot magisterki z gender studies. Tę część poświęcimy tym, którzy z równym zaangażowaniem co na sportowych arenach, walczyli na wszelkich frontach militarnych.

Henryk Leliwa - Roycewicz - mógłby służyć twarzą za okładkę podręcznika ''Historia Polski 1920 - 1957''. Oraz ''Jeździectwo dla opornych'' i ''Walki uliczne nie tylko dla orłów''. Mistrz polskiej hippiki, służąc od 18 lat w kawalerii (najpierw w 1 Pułku Ułanów Wileńskich, później 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich) w Berlinie był wraz z polską drużyną we wszechstronnym konkursie konia wierzchowego jednym z faworytów do medalu. I to tego z ukochanego przez krasnoludy kruszcu.

Jak zwykle jednak człowiek człowiekowi Niemcem i to właśnie gospodarze przeszkodzili Polakom w sięgnięciu po złoto. Organizatorzy mylnie poinformowali Leliwę-Roycewicza o tym, że ominął jedną z przeszkód, po czym musiał się on cofać. Dopiero kiedy naprawił rzekomy błąd powiedziano mu, że zaszła pomyłka. Efekt był taki, że straconego czasu, jak to zwykle w życiu bywa, nie udało się nadrobić, Polacy wywalczyli zaledwie srebro, a mistrzami olimpijskimi zostali... zgadnijcie kto. Podpowiemy tylko, że wir haben keine Ahnung.

W kampanii wrześniowej Leliwa-Roycewicz w stopniu rotmistrza dowodził 2 szwadronem 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich, ranny w walkach z Armią Czerwoną wylądował w szpitalu w Stryju. Gdyby stamtąd brawurowo nie uciekł, podzieliłby los innych oficerów swojego Pułku, rozstrzelanych przez Rosjan w Katyniu. Podczas Powstania Warszawskiego dowodził batalionem ''Kiliński'', który zdobył między innymi budynek PAST-y- pierwszy warszawski wysokościowiec. Za działalność w AK skazano go w 1949 na sześć lat więzienia, jednak w 1957, na fali gomułkowskiej odwilży, oczyszczono ze wszystkich zarzutów. Do końca życia pozostał jednym z polskich olimpijczyków, którzy mieli tylko odrobinę więcej medali sportowych (mistrzostwo Polski w WKKW, sześciokrotne wicemistrzostwo, trzykrotne zwycięstwo w Pucharze Narodów) niż nie-sportowych (Virtuti Militari, trzy Krzyże Walecznych, Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski).

Maria Kwaśniewska - w Berlinie zdobyła jeden z sześciu medali dla Polski - w rzucie oszczepem sięgnęła po brąz. Niestety, był to w zasadzie jedyny krążek, jaki zdołała wywalczyć na międzynarodowych zawodach. Z nawiązką odbiła to sobie w kraju, gdzie stawała na podiach tak często, że pewnie można by już mówić o uzależnieniu. Była mistrzynią Polski w rzucie oszczepem (1931, 1935, 1936, 1939, 1946), trójboju (1931, 1934, 1935, 1936), pięcioboju (1934, 1935, 1936), a nawet skoku w dal (1930). Kiedy tęskniła za towarzystwem udzielała się w sportach zespołowych - koszykówce (Mistrzostwo Polski w 1947, a z reprezentacją brąz na III Światowych Igrzyskach Kobiet w 1930) siatkówce i hazenie (taka prehistoryczna piłka ręczna, z czasów gdy ''wenta'' mówiło się jeszcze na coś małego i okrągłego; ŁKS Łódź z Kwaśniewską w składzie był najlepszy w Polsce w 1929, 1932 i 1933).

Nawet wojna nie przeszkodziła sportsmence w zdobywaniu kolejnych medali. Tym że przygarniała do domu głodujących Polaków i Żydów zapracowała m.in. na Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Krótko po wojnie zakończyła czynną karierę i zaczęła bawić się w działaczkę sportową. Wciąż musiała jednak zaspokajać swój medalowy nałóg - w 1979 udekorowano ją brązowym medalem Orderu Olimpijskiego, w 1983 otrzymała nagrodę im. Janusza Kusocińskiego, a w 2003 medal "Kalos Kagathos". Zmarła w 2007 roku i jeśli po drugiej stronie istnieje możliwość zdobywania krążków, to pewnie pani Maria ma ich już sporo w kolekcji.

Władysław Karaś - swe zamiłowanie do strzelania mógł rozwijać, gdy w 1914 roku trafił do 1 Brygady Legionów Polskich. Dwukrotnie lądował w niewoli rosyjskiej, ale naszym wschodnim sąsiadom uciekł i zaczął pracować w wywiadzie. W 1918 znów pojmany, znalazł się tym razem w więzieniu niemieckim i został skazany na śmierć. Jak pewnie się domyślacie wyroku nie wykonano, a Karasia wypuszczono. W końcu nasz bojowy bohater w 1919 poświęcił się stałej służbie w Wojsku Polskim. Wprawdzie strzelaniem wsławił się raczej w czasie bitew niż na zawodach, ale wziął się ostro do treningu i w wieku 43 lat załapał się do polskiej kadry na Berlin.

Na niemieckiej ziemi wystrzelał brąz, który był pierwszym medalem olimpijskim, jakim pochwalić się mogą polscy strzelcy sportowi. Po wybuchu wojny i po jej zakończeniu udzielał się w organizacjach konspiracyjnych związanych z AK. W 1941 po raz kolejny w swojej karierze trafił za kratki, ale znów uśmiechnęło się do niego szczęście. Po powrocie na wolność, wrócił do konspiracji, ale już w 1942 ponownie wpadł. Tym razem nie miał tyle szczęścia - pierwszego polskiego medalistę w strzelectwie rozstrzelano 28 maja 1942. Naszym zdaniem jest w tym sporo ponurej ironii.

Jerzy Skolimowski - i nie chodzi nam tu o reżysera i aktora Skolimowskiego, ale o sportowca, o którym jednak Skolimowski współczesny mógłby nakręcić niezły film. A przynajmniej mógłby, gdyby był Johnem Woo. Skolimowski (ten, o którego nam chodzi) miał trzy pasje - wioślarstwo, architekturę i przechodzenie do historii.

Gdyby zamiast którejkolwiek z nich wybrał zbieranie znaczków, bądź dotykanie swetrów ze skłębionej wełny jaków, nie zaprojektowałby cmentarza poległych pod Monte Cassino ani wnętrza największego Piłsudskiego świata czyli 160-metrowego transatlantyku MS Piłsudski. Nie zdobyłby także dwóch medali na igrzyskach w Los Angeles - srebra w dwójce ze sternikiem i brązu w czwórce ze sternikiem, co pokazuje, że spełniał się także w mniejszych jednostkach pływających.

W Berlnie Skolimowski zdobył tyle samo krążków co osiem lat wcześniej w Amsterdamie, czyli zero. Również wojenną ścieżkę przemierzał zgodnie z bezmedalową filozofią zen. Wybrał pracę w cieniu i służbę w brytyjskim MI6. Zrzucony na Bałkany przygotował Wschodowi największą niespodziankę ''made in West'' sprzed koncertów Rolling Stonesów za Żelazną Kurtyną - inwazję aliantów w swoim regionie operacyjnym. Po wojnie chyba opanował technologię stealth, bo zniknął z radarów ludzkości. Zmarł w 1985 w Londynie.

Michał Gutowski - Gutowski herbu Ciołek mógłby spędzać całe dnie ze swym przyjacielem z arystokracji Leliwą-Roycewiczem, rozprawiając o historii atłasowych chusteczek. Tak jak nasz rotmistrz, tak i Gutowski wybrał jednak ciężką dolę ułana, czyli ''raz pod siodłem, raz nawozem''. W Berlinie nasz malowany chłopiec brał udział w konkursie skoków, którego nie ukończył ze względu na.... wyłamanie się konia.

Ranny w kampanii wrześniowej, po jej zakończeniu reprezentował polskie barwy w walkach we Francji i Holandii. Po zakończeniu wojny osiadł najpierw w Wielkiej Brytanii, później w Kanadzie, gdzie trenował kadrę jeździecką. Do naszej rubryki trafia z jednego podstawowego powodu. Choć II wojnę światową Gutowski kończył ze stopniem majora, w roku 1999 otrzymał awans na generała brygady w stanie spoczynku i pozostaje jedynym znanym nam polskim olimpijczykiem, do którego wszyscy (no prawie wszyscy) polscy żołnierze muszą mówić ''szefie''.

bazyl & miszeffsky