Ciao Carlo

Jeśli mężczyznę faktycznie ocenia się po tym jak kończy a nie jak zaczyna, to sytuacja Carlosa Costly'ego jest nie do pozazdroszczenia. Finalny - najprawdopodobniej - akcent polskiego rozdziału jego kariery był bowiem naprawdę słaby.

Ale od początku, a w zasadzie od końca. Costly w sobotnim meczu z Legią głównie człapał po boisku i ostentacyjnie manifestował swoje niezadowolenie z gry kolegów, pracy arbitra i funkcjonowania systemu solarnego. Aby jednak podkreślić swój występ jakimś pikantnym szczególikiem zdecydował się na taką akcję:

Czerwona kartka dla Honduranina, ledwie żywy Rzeźniczak i zachowanie godne największych futbolowych chuliganów - oto krótki wyciąg z 88 minuty spotkania.

Costly trafił do Ekstraklasy jak następca sposobiącego się do swoich trzech występów w Serie A Radosława Matusiaka. Biorąc pod uwagę ówczesną formę ówczesnego napastnika biało-czerwonych, to Carlos C. miał przed sobą wyjątkowo trudne zadanie. Tym niemniej z początku radził sobie z nim świetnie.

Jego debiut (2.03.2007) w Polsce to było prawdziwe wejście smoka. 45 minut w meczu GKS Bełchatów z Górnikiem Łęczna, dwa gole i spektakularne zwycięstwo 6:0. Górnicze miasto miało nowego proroka. W kolejnych meczach Honduranin systematycznie potwierdzał swoją wartość, do tego stopnia, że rychło zapomniano o Matusiaku. Costly skakał jak kangur, główkował jak Szarmach, zastawiał się jak Smolarek w narożniku boiska i robił zwód na walizę jak Trzeciak. Napastnik kompletny, napastnik na lata.

Po świetnej rundzie wiosennej sezonu 2006/2007 Costly zamiast jechać na wakacje zapakował buty i pojechał do USA wraz z reprezentacją niedocenianego Hondurasu na Puchar CONCACAF 2007. Tam jego drużyna stała się szybko rewelacją rozgrywek a on sam - strzelając 3 bramki - jej bohaterem.

O Carlosie usłyszał cały świat. Był wtedy wielki jak nigdy przedtem i nigdy potem. Mocarne kluby spoglądały w jego stronę zachłannie, ale Bełchatów szybko skorzystał z prawa pierwokupu. Paradoksalnie potem już było tylko gorzej. Sezon 2007/2008 był kryzysowy dla całej bełchatowskiej ekipy. Poleciała głowa Oresta Lenczyka, gra się nie kleiła a swoje trzy grosze dorzucał też Costly kopiąc bardzo przeciętnie a najlepsze mecze zaliczając w Młodej Ekstraklasie. Pogłębiał się także rozdźwięk pomiędzy formą prezentowaną przez niego w meczach kadry a formą po meczach kadry. Ciągłe przeloty na drugą stronę globu wychodziły mu bokiem. Choć w reprezentacyjnej koszulce robił takie rzeczy, to w lidze skakał jakby zalękniony, mało strzelał a coraz więcej narzekał.

Obecny sezon to już w ogóle jedno wielkie pasmo porażek. Costly trafił raptem dwa razy, a swoje firmowe uderzenia głową zamienił na "uderzenia" głową.

Narzekał, że Janas źle go ustawia na boisku, skarżył się także na rasistowskie zachowania kibiców, bardzo chciał opuścić Polskę. Kropkę nad i postawił w ostatnim tegorocznym meczu organizując zamach na nogi Rzeźniczaka. Mając na uwadze ostatni incydent wielu kibiców na pewno pożegna go bez łezki w oku, a szkoda, bo to niezły grajek, który zrobił dużo dobrego dla Bełchatowa i o którym jeszcze pewnie będzie głośno.

Niestety w życiu często liczy się ''efekt końca'', tak jak w dowcipie o Stirlitzu:
Stirlitz wszedł do gabinetu Bormana.
- Dajcie mi tajne plany najważniejszej broni Nazistów! - powiedział Stirlitz.
- Słucham?! - odparł zdumiony Borman.
- Ładna dziś pogoda - powiedział Stirlitz, doskonale wiedząc, że ludzie zapamiętują tylko ostatnie zdanie z rozmowy.
Przemysław Nosal