Sport.pl

Trzy Lata Smudy

Franciszek Smuda deklaruje, że po trzyletniej pracy z reprezentacją nie może już na nią patrzeć odchodzi, bo, ekhm, potrzebuje zmian. Cóż to były za trzy lata! Pełne wrażeń!

Kiedy w 2009 ułan Smuda zastukał w reprezentacyjne okienko szabelką, opinie co do tej nominacji były mocno podzielone. Jedni mówili, że to decyzja fatalna, bo to prawdziwy futbolowy Dyzma. Drudzy, że wcale nieprawda. A trzeci jeszcze, że może być i Dyzma, byle tylko był w stanie zmotywować wreszcie naszych piłkarzy do przyzwoitej w miarę gry.

Przychodząc do reprezentacji Smuda nie słynął bowiem jak wielki taktyk, ale na pewno jako wielki motywator, którego zawodnicy zawsze walczyli do końca i pod prąd piłkarskich okoliczności. Tak było z Widzewem, zdobywającym mistrzostwo Polski na Legii i strzelającym trzy bramki w ciągu ostatnich pięciu minut bezpośredniego meczu z warszawską drużyną. Tak było z tymże Widzewem, przegrywającym z rewanżowym spotkaniu eliminacyjnym do Ligi Mistrzów z Brondby Kopenhaga już 0:3, by ostatecznie zaliczyć dwa trafienia i do tych rozgrywek awansować. Tak też było z Lechem Poznań i Austrią Wiedeń oraz w wielu innych przypadkach. A jako, że dał nam przykład w 2004 Otto Rehhagel, jak zwyciężać mamy i pokazał nam też, że jeśli drużyna nawet nie ma w nogach, to czasem wystarczy, że ma w głowie oraz że czasem sama motywacja i ambicja pozwalają na sukcesy... Tak, Smuda mógł się wydawać właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

Miał trzy lata, by teoretycznie w spokoju obserwować wybranych przez siebie zawodników, myśleć nad koncepcją, taktyką oraz prawidłową wymową nazwisk Perquis i Boenisch. Tymczasem spokoju wcale nie było. Najpierw trwała wielka ogólnonarodowa debata na temat ''farbowanych lisów'', czyli oprócz wspomnianej już dwójki także Ludovica Obraniaka oraz Eugena Polanskiego i tego, czy cały ten kwartet egzotyczny zasługuje na noszenie koszulki z orłem na piersi. Potem była zabawa w ''Nigdy nie powołam, a może później powołam''. W ten sposób po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że Franciszek Smuda na Euro 2012 prędzej wziąłby wiernego psa Antoniego Piechniczka niż Artura Boruca. Z kadry za pijaństwo, jakiego dopuścili się w Kolonii zostali także wyeliminowani raz na zawsze Sławomir Peszko i Marcin Wasilewski. Przy czym w przypadku tego drugiego ''raz na zawsze'' trwało wbrew nazwie raczej dość krótko. Ogólnie: spokoju nie było.

Wielkim sprawdzianem trenera Smudy miało być tak naprawdę Euro 2012 i to od niego wszystko zależało. Co na nim ujrzeliśmy? Zawodników, którzy w piłkę grać potrafią i to momentami grać potrafią ładnie, za co chwała Smudzie. Zawodników, którzy po raz pierwszy od lat, do ostatnich minut swojego występu na turnieju mieli jeszcze szanse na awans. Za co również chwała Smudzie. Ale także zawodników, którzy wbrew temu, do czego wcześniej przyzwyczaił nas ich trener, potrafią walczyć tylko przez fragment każdego meczu, bo już później brakuje im siły/ambicji/gumijagód. I którzy mając najłatwiejszą drogę do ćwierćfinału Euro, jaką tylko można sobie wyobrazić, w grupie marzeń, dopingowani przez miliony i tak nie wyszli z grupy.

A jak zachował się na samym turnieju Franciszek Smuda? Ciężko nam oceniać, bo nigdy nie dojdziemy do tego, co naprawdę miał w głowie i jaki był jego plan taktyczny. Zdarzały mu się decyzje teoretycznie słuszne - takie jak pozostawienie w bramce na mecz z Czechami Tytonia. Zdarzyło się jednak także kilka kompletnie niezrozumiałych. Po pierwsze - w meczu z Grecją, w drugiej połowie nasi oddychali już nawet nie tyle rękawami, co także kołnierzykami, getrami i czym się tylko dało. Poza tym ewidentnie przestało im cokolwiek wychodzić. Dlatego właśnie w piłce nożnej wymyślono zmiany, żeby zawodnicy mający siły i ochotę do gry... A nie, to nie o naszych piłkarzach. Żeby zawodnicy mający siły, wnieśli nieco ożywienia w grze zespołu. Tymczasem żadnych zmian nie było i ciężko to w jakikolwiek sposób wytłumaczyć. Nie wiadomo też do końca, co też zresztą wielokrotnie pisałem, po co selekcjoner uparcie trzymał się nic nie wnoszącego Rafała Murawskiego. To się musiało skończyć katastrofą - i wreszcie, w meczu z Czechami, się nią skończyło.

W ostatnim spotkaniu na Euro 2012 zawiodło też ustawienie z trzema defensywnymi pomocnikami, które sprawdziło się w meczu z Rosją (w którym musieliśmy się bronić), ale już kiedy musieliśmy wygrać po prostu nie działało. Ale Franciszek Smuda postanawiał nie zmieniać zwycięsko-remisowej taktyki i takiegoż składu. Jego konserwatyzm przejawiał się również w ciagłym braku zaufania do Kamila Grosickiego, który moim zdaniem naprawdę mógł być naszym bohaterem tego Euro, a tymczasem dostał od trenera zaledwie nieco ponad pół godziny gry.

Łukasz Miszewski

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU

A wy jak ocenicie pracę Franciszka Smudy?
Więcej o: