Bycie gospodarzem, czyli Polska - Grecja widziana od środka

Miałem szczęście oglądać wczorajszy mecz na trybunach Stadionu Narodowego w Warszawie. Nie potrafię jednoznacznie powiedzieć, czy sędzia mylił się przy rozdawaniu kartek, ale wiem co mi się podobało, a co się nie podobało.

Co mi się podobało?

- Spełniło się moje kibicowskie marzenie. Nie chodzi jednak o to, że dożyłem Euro nad Wisłą i na dodatek miałem przyjemność obejrzenia meczu otwarcia na własne oczy. Chodzi o to, że zobaczyłem wreszcie futbol, który ludzi zbliża a nie dzieli. Polacy okazali się gospodarzami w pełni tego słowa znaczeniu. Greccy kibice byli wręcz adorowani przez fanów biało-czerwonych. Przez cały dzień trwała wspólna zabawa jednych i drugich kibiców na ulicach stolicy. Biało-czerwono-niebieskie zdjęcia nie miały końca, dyskusje o tym, kto wygra zawody przypominały kordialne debaty o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem a wymiany hełmów hoplity na skrzydła husarza odbywały się po kursie 1:1. Na samym meczu znaczna część Greków siedziała w sektorach wraz z Polakami - wspólnie przeżywali emocji i nikomu nie przeszkadzało to, że w danym momencie były to emocje biegunowo różne. Po spotkaniu natomiast, znów ramię w ramię, kibice wspólnie przeszli Mostem Poniatowskiego do centrum, gratulując sobie dobrego meczu i odgrażając się, że i tak wyjdą z grupy. Nikt nikogo nie musiał eskortować, odgradzać i ochraniać. Nie było wojny, tylko prawdziwe święto. Polacy stanęli na wysokości zadania. Nie boję się tego powiedzieć: czuję się dumny z ich/naszego zachowania.

- Biało-czerwonych niósł fantastyczny doping. Często spotkania reprezentacji wiążą się z sennością i atmosferą niedzielnej sjesty. Wczoraj atmosfera na trybunach była gorąca, a doping nie ustawał. Ani razu nie pojawiła się pieśń sławiąca przymioty PZPN, nie usłyszałem ani jednego słowa powszechnie uważanego za nieparlamentarne. Wokół mnie siedzieli natomiast reprezentanci wszelkich grup i kategorii społecznych: stadionowi bywalcy płci męskie; dziewczyny, zarówno te świetnie orientujące się futbolu, jak i te pytające dlaczego bramkarz ma inny kolor bluzy; rodzice z małymi dziećmi i osoby starsze. Każdy wystrojony w narodowe barwy. Jak na święto przystało.

- Ceremonia otwarcia była świetna. Gdy przypomnę sobie pochód gigantów przed MŚ 1998 we Francji, to odruchowo ronię łzy, bo wiem, że nikt już mi nie odda tamtej straconej godziny. Na Stadionie Narodowym było natomiast dynamicznie i melancholijnie, nowocześnie i z odwołaniem do tradycji, efektownie, ale nie efekciarsko. Świetna ceremonia.

- Jestem zaczarowany filmową historią Przemysława Tytonia. Wyobrażam sobie, że każdy chłopiec kopiący piłkę na polskich boiskach marzy po cichu o takim scenariuszu. Grasz w niższych polskich ligach, a gdy przebijasz się do ekstraklasy, to po twoich popisach śmieje się pół Polski. Wybywasz do Holandii i tam z mozołem karczujesz sobie ścieżkę do uznanego klubu. Gdy to już ci się udaje - łapiesz fatalną kontuzję. Na Euro masz jechać jako trzeci golkiper. Fabiański łapie kontuzję, Szczęsny czerwoną kartkę. Pojawiasz się na boisku nagle, patrzy na ciebie cały świat, a ty w swoim pierwszym kontakcie z piłką bronisz rzut karny i stajesz się bohaterem, którego nazwisko skanduje kilkadziesiąt tysięcy osób. Podobno dzwonił już Guy Ritchie z pytaniem o możliwość wykorzystania motywy w nowym klipie reklamowym.

- Podobała mi się oczywiście pierwsza połowa meczu w wykonaniu Polaków, ale tu nie jestem odkrywczy, bo wszystkim się podobała.

Co mi się nie podobało?

- Obawiam się, czy moje kibicowskiej marzenie spełni się po raz drugi. Włos mi się bowiem jeży na głowie, gdy słyszę, że Grecy to OK., nic nam nie wadzą, więc było miło, ale jak ''Ruskie przyjadą, to...''. Wierzę jednak, że dusza gospodarza weźmie górę nad głupimi stereotypami i pokażemy naszym sąsiadom - bez względu na to jak oni sami się zaprezentują - najwyższą światową klasę. A piłkarzom pozostanie już tylko się dostosować.

- Wszystko pięknie, ale Narodowy to zaskakująco źle oznaczony stadion. Wnętrze obiektu jest monumentalne, ale żeby się do niego dostać trzeba mieć analityczny umysł i kondycję chodziarza. Nigdzie bowiem na zewnątrz nie ma żadnych oznakowań, którędy należy podążać, aby dotrzeć do konkretnych wejść. W efekcie ruch pod Narodowym wyglądał jak wędrówki Hunów - tabuny ludzi przemieszczały się w przeciwne strony, a tak naprawdę nikt nie wiedział dokąd zmierza. Fani krążyli wokół stadionu niczym osy próbujące dostać się do kompotu i podejrzewam, że niejeden z nich zasiadł na swoim krzesełku już podczas odgrywania hymnów. Sprawę załatwiłyby cztery tablice informacyjne albo kilku stewardów wskazujących właściwy kierunek. Pocieszające jest tylko to, że to chyba jedyna wpadka organizacyjna.

- Tak jak niezwykły jest przypadek Tytonia, tak po ludzku współczuję Wojciechowi Szczęsnemu. Nie popisał się on przy pierwszej bramce, a potem wyłapał czerwień (choć za tę kartkę trudno winić wyłącznie jego) i spowodował rzut karny. Euro 2012 miało być jego turniejem. W zaistniałej sytuacji będzie o to niezwykle trudno.

- Nie podobała mi się natomiast druga połowa meczu w wykonaniu Polaków, ale pewnie nie było kibica biało-czerwonych, któremu by się ona podobała.

Przemysław Nosal

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU