Poradnik Z Czuba: Jak przeżyć maraton

Wszelkiego rodzaju maratony, półmaratony, ćwierćmaratony i jedna-setna-maratony z dobieganiem do tramwaju stają się w naszym kraju coraz popularniejsze. Na pewno sami znacie kogoś, kto przebiegł maraton/zamierza faktycznie przebiec/lub tylko składa takie górnolotne deklaracje, albo znacie kogoś, kto zna takiego kogoś lub kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto oglądał maraton w telewizji. Jako że lubimy służyć radą i wieloletnim doświadczeniem w wielu kwestiach, też pomożemy wam osiągnąć taki sukces jak ukończenie biegu, w którym jedne spocone ciała zmieniają położenie względem innych spoconych ciał przez 42 195 metrów, jakby to zgrabnie ujęli fizycy.

Przygotowania. Należy je rozpocząć odpowiednio wcześniej, inaczej może być problem. Polecamy zacząć cykl treningowy rok przed planowanym startem, dzięki czemu przez pierwsze 11 miesięcy możemy ćwiczyć struny głosowe oraz mówienie do siebie, powtarzając przed lustrem ''Od jutra, zacznę biegać, od jutra, dzisiaj nie mam na to czasu''.

Kiedy już zaczynamy intensywny trening, bo czas nas nagli, należy się odpowiednio przygotować. Pamiętamy, że do biegania nie nadają się: a) glany, b) dżinsy rurki, c) strój izraelskiego spadochroniarza oraz temu podobne. Z domu wychodzimy więc w dresie, przez co sąsiedzi oddają nam już w windzie swoje telefony komórkowe. Z pomocą przychodzi nam jednak policja, przed którą uciekamy dookoła bloku, szybko łapiąc rytm, zaprawę bitewną oraz odzyskujemy kondycję. Ćwiczymy codziennie. Wprawdzie już po kilku dniach zakwasy mogą usiłować nas zabić, ale skuteczną metodą, żeby o nich nie myśleć, jest zaprzątnięcie sobie umysłu zupełnie innymi rzeczami. Na przykład myślenie o globalnym ociepleniu i jego potencjalnych katastrofalnych skutkach lub o martwych kotkach. Kiedy mija miesiąc jesteś już gotowy i smutny. Przez te martwe kotki i myśl, że za moment będziesz musiał przebiec ponad 40 kilometrów.

Początek maratonu. Biegniesz, czujesz się świetnie, wiatr we włosach, myślisz, że jednak nie jest to takie trudne, jak się wydawało. Brawo, 500 metrów masz już za sobą.

Godzinę później. Zwycięzca dobiega na metę. Słyszysz owację. Patrząc wokoło półprzytomnym wzrokiem, pytasz najbliższej osoby, czy to ty. Dowiadujesz się, że właśnie ukończyłeś pierwszy kilometr. Zdajesz sobie sprawę z tego, że umrzesz jako nieznany bohater, więc resztkami sił sprawdzasz w smartfonie, czy Z czuba nie robi przypadkiem relacji na żywo z twojego wyczynu. Nie robi. Smutność.

Kwadrans później. Przestawiasz się na marszobieg, bo tak ci dyktuje serce. Nie, nie jest to cytat z Paulo Coelho. Dosłownie tak ci dyktuje serce, usiłujące wyrwać się z klatki piersiowej. Pozwalasz też sobie na odrobinę przyjemności, skoro biegniesz już ponad godzinę. Zapalasz papierosa i wtedy, gdy inni zawodnicy zawodnicy sięgają po Isostary i inne takie wynalazki, ty leniwie sączysz Reddsa. Reddsa, ale nie piwo. Bo jednak piwo na trasie to trochę... ten, nie tak.

45 minut później. Jest źle. Obraz skacze ci przed oczami i nie daje się go wyregulować żadnym z tych dziwnych pokręteł (tak na przyszłość to twoje uszy i nos), serce wali jak młotem, zataczasz się, czujesz przeraźliwą suchość w ustach... Może to jednak nie było Redds, tylko zwykłe piwo, a teraz przyszedł niespodziewany kac?

Pięć godzin później. Masz już dość, poddajesz się i postanawiasz uprawiać strajk włoski. ''Włoski'' w takim znaczeniu, że się poddajesz. Kładziesz się na środku ulicy i w ramach tego strajku przestajesz również oddychać, a zaczynasz z kolei wyglądać jak zaginiony członek obsady serialu ''Walking Dead''.

10 minut później. Na metę dowożą cię karetką. Brawo, przetrwałeś! Przekroczyłeś linię mety! Teraz, jako że ukończyłeś maraton, możesz już do końca życia pić, palić, objadać się schabowymi w panierce z uranu z reaktorów jądrowych, słuchać płyt Seleny Gomez oraz robić wszystkie inne niezdrowe rzeczy, jakie tylko przyjdą ci do głowy i opowiadać wnukom o swoim wyczynie.

Łukasz Miszewski

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU