Co czuje dziś Kazuyoshi Miura?

Podczas zwycięskiego dla Hiszpanów EURO 2008 wielu osobom chodziło po głowie następujące zagadnienie: co czuje teraz Raul? Piłkarz, który przez tyle lat wypruwał sobie żyły w meczach reprezentacji nie doczekał jej największego sukcesu. Moment dekoracji oglądał pewnie na tarasie popijając drinka. Było mu przykro? Cieszył się? Trochę podobne skojarzenia mam dzisiaj. Co czuje Kazuyoshi Miura, były król japońskiej piłki, oglądając swoich rodaków w 1/8 finału mistrzostw świata?

Kazuyoshi Miura to taki Jerzy Waszyngton piłkarskiej Japonii. Kopał on już futbolówkę, gdy słowo J-League oznaczało wyłącznie kolejny sposób podawania sushi. Był ojcem-założycielem nowoczesnego japońskiego futbolu i jego pierwszą gwiazdą.

Miurze (rocznik 1967) od młodości towarzyszyła aura "och i ach", ponieważ pochodzący z miasta Shizouka  (z tego miasta pochodzi również Ryio Mori, Miss Universe 2007) zawodnik ukończywszy ledwo 18 lat przeniósł się do Brazylii, by szlifować swoje piłkarskie umiejętności. Hidetoshi Nakata nie mógł wtedy jeszcze samemu jeździć windą a Keisuke Hondy w ogóle nie było jeszcze na świecie. Miura przez pięć lat terminował w kilku brazylijskich klubach, z których najsłynniejsze były Palmeiras i Santos.

W Brazylii Miura radził sobie naprawdę nieźle i nie chodziło tylko o to, że był zwykle klubową maskotką i dziwem, które przyciągało uwagę mediów. Gdy już tak się naładował latynoamerykańską techniką i tamtejszym myśleniem o piłce, to w 1990 roku postanowił wrócić do ojczyzny i nieść w niej kaganek oświaty. Z miejsca zaczął trafiać do siatek rywali, najpierw w amatorskim jeszcze Yomiuri Club a potem już na arenach świeżo stworzonej Japan League, w barwach Verdy Kawasaki.

Występy Miury wzbudzały taki zachwyt, że wybrano go najlepszym zawodnikiem debiutanckiego sezonu J-League (1993). Równocześnie rozwijała się jego kariera reprezentacyjna. Kazu debiutował w kadrze w 1990 roku i stopniowo wchodził na coraz wyższe rejestry. W 1992 roku w dużej mierze dzięki niemu Japonia została mistrzem Azji.

W 1993 roku Kazu w szesnastu meczach kadry trafił szesnaście razy i został wybrany najlepszym piłkarzem Azji.

Rok później Japończyk podjął pierwszą próbę podboju Europy. Z wielu ofert wybrał tę z włoskiej Genui.

Pobyt na Półwyspie Apenińskim okazał się jednak niewypałem. Miura zagrał w 21 meczach i tylko raz trafił do siatki. Postanowił więc zapakować się w malutką japońską walizeczkę i wrócić na stare śmieci do Verdy Kawasaki. Tam przez cztery lata znowu niszczył, palił i ścinał głowy rywali z wdziękiem samuraja. W 95 grach zdobył 55 goli oraz tytuł króla strzelców J-League w 1996 roku. Nie folgował sobie również w reprezentacji. W eliminacjach do MŚ 1998 strzelał jak na zawołanie, uzbierał w sumie 15 goli (w 13 meczach!) i to głównie za jego sprawą Japonia po raz pierwszy w historii awansowała na mundial. Oczywiste wydawało się to, że King Kazu będzie we Francji największym asem kadry Samurajów. Jego wizerunek zdobił już nawet okolicznościowe karty wydawane przed mistrzostwami.

W ostatniej jednak chwili selekcjoner Takeshi Okada postanowił zostawić Miurę w domu! Argumentował to obniżką formy zawodnika i nikłym wkładem, który mogłaby dać drużynie jego gra. Dla Miury to był cios porównywalny z wpadnięciem pod japoński szybki pociąg. Kadra w którą zainwestował tyle sił i czasu pokazała mu ogonek i pojechała na mundial bez niego. Po tym zajściu Kazu postanowił urwać się z Azji i po raz drugi spróbować sił w Europie. Jego wybór padł na Dinamo Zagrzeb, jednak po raz drugi pobyt na Starym Kontynencie okazał się niewypałem (12 meczów bez gola) i Miura obecnie zajmuje miejsce numer 5 w rankingu "Deset najgorih kupnji" w historii Dinama.

(ktoś poznaje pana po prawej?)

Miura z podkulonym ogonem wrócił więc do Japonii. Występował tam najpierw w Kyoto Sanga a potem w Vissel Kobe. W 2005 roku zrobił sobie krótki wypad do grającego w Klubowych Mistrzostwach Świata Sydney FC, by po powrocie zacumować w Yokohama FC. Co ciekawe, Miura gra tam do dzisiaj, mimo 43 lat na karku. Ba, całkiem niedawno Kazu trafił nawet do siatki.

W Japonii uważa się go za króla i nie jest ważne, że nigdy nie zagrał na mistrzostwach. Jest najlepszym strzelcem reprezentacji Japonii w historii (89 meczów i 55 goli). Ma swoje fan-cluby, profile na facebooku, filmy na youtubie i piosenki o sobie - mało który piłkarz w Kraju Kwitnącej Wiśni może się pochwalić takimi dowodami uznania. Miał to Nakata, w mniejszym wymiarze Nakamura, może wkrótce będzie mieć Honda. Tym bardziej więc ciekawe co czuje Miura oglądając mecze dobrze grającej w RPA Japonii. Może się cieszy, że jego rodacy pną się coraz wyżej i wyżej, ale równocześnie ma żal, że jemu samemu nie było dane zagrać na największej światowej imprezie? Może zastanawia się jak to jest strzelić gola na mistrzostwach? To wiedzą Nakata, Inamoto, Honda. Jak to jest zrobić wiatrak z obrońcy, gdy patrzą na ciebie miliony kibiców? Tutaj też mogą się wypowiedzieć wyżej wymienieni, ale już nie Miura. Może to uczucie niedosytu przypomina kłucie, małą szpileczkę wycelowaną w tę część mózgu odpowiedzialną za ambicję? A może to jest radość do kamery podczas zwycięskiego meczu, ale w głowie burza i żal do losu, że za wcześnie się urodził. A może Miura ma to wszystko w nosie i cieszy się, że nie jest tym drugim Kazuyoshim Miurą, biznesmenem-celebrytą-słynnym zabójcą?

Przemysław Nosal