Sport.pl

Bohaterowie naszej młodości: Reggie Miller

Cykl ''Bohaterowie naszej młodości'' już ruszył. Zaczęliśmy z wysokiego ''C'', ale skoro powiedziało się dwa ''a'' w ''Cantona'', to trzeba jechać dalej. Erica wszyscy znają i kochają, ale dziś heros dużo bardziej niszowy.

Reggie Miller nie nagrywał hiphopowych płyt, nie rozwalał po pijaku wartych dziesiątki tysięcy dolarów pół-czołgów pół-samochodów, nie romansował z gwiazdami Hollywood (Sharon Stone, Kim Basinger, Robert De Niro). Nie był też najbardziej widowiskowym koszykarzem, jaki kiedykolwiek przybył na Ziemię z planety Jordan. Właściwie jedyne co robił przez wiele lat, to rzucał za trzy. Czy to wystarczy, żeby zostać legendą? Tak, jeśli tylko robisz się to tak dobrze jak Miller czyli człowiek, który w kolejce po talent do umieszczania w koszu kolejnych ''trójek'' stanął prawdopodobnie nie tylko za siebie, ale i za populację kilku co mniejszych krajów.

Kiedy w 1987 roku Pacers wybierali z numerem 11 w drafcie chudego jak tyczka rzucającego obrońcę UCLA i magistra historii w jednym, fani buczeli i wygwizdywali tę decyzję. Oni chętniej widzieliby w składzie swojego krajana Steve`a Alforda, najlepszego strzelca w historii Uniwersytetu Indiany. Tym bardziej, że żółto-czarni mieli już Przemysława Gwoździowskiego Johna Longa na pozycji ''numer 2'', a kto sadzałby na ławce kogoś o takim nazwisku? Wkrótce miało się okazać, jak bardzo fani Pacersów się pomylili. Alford pozostał tylko zwykłym Stevem Alfordem, John Long znakomitą nazwą dla budki z hot-dogami, a Miller... No cóż. Miller w Indianie to coś więcej niż były koszykarz. To religia.

Wbrew posturze jakby urodził się w rodzinie olimpijskich oszczepów...

...Reggie pochodził z bardzo usportowionej familii i to usportowionej w nieco innym kierunku - w kosza grała też jego siostra Cheryl (legenda WNBA), brat Darrell był baseballistą. Najmłodszy z tej trójki bardzo poważnie podchodził do swojej pracy i, no właśnie, do trójek.

Co prawda śledzenie wszelkich ruchów na rynku transferowym związanych z Millerem przypominało obserwowanie schnącej farby - od kiedy trafił do Pacers pozostał w nich do końca kariery w 2005 - ale to, co działo się na boisku to już zupełnie inna sprawa. Numer 31 w ciągu swojej kariery rzucił ponad 25 000 punktów, jest rekordzistą NBA w kategorii liczby celnych rzutów za trzy (2560), pięć razy zagrał w Meczu Gwiazd, trzy razy wybierany był do trzeciej piątki NBA, z kadrą USA zdobył złoty medal mistrzostw świata w 1994 (nominowano go do drużyny turnieju) i złoto na igrzyskach w Atlancie.

Na tym wszystkim cieniem kładzie się jednak Jordan i kilka innych postaci - Miller to jeden z wielkich, którzy jak Boromir mistrzowskiego pierścienia nie dostali nigdy. Najdalej doszedł do finałów ligi w roku 2000, które przegrał z Lakersami Petera Phila Jacksona.

Do historii przeszedł też jako jeden z tych zawodników, do których w ciemno i z zamkniętymi oczami można było podawać piłkę w kluczowych momentach ważnych spotkań. Jego pseudonim ''Mr. Clutch'' nie wziął się w końcu znikąd, a tym bardziej z umiłowanego obstawiania klaczy wyścigowych. Gdybyście kiedykolwiek mieli trafić na bezludną wyspę, na której byłby kosz, zawsze pamiętajcie, żeby zabrać ze sobą Reggiego Millera. W playoffs shooting guard Pacers miał zawsze wyższą średnią niż w sezonie zasadniczym i wspinał się na szczyty swoich możliwości. Szczególnie upodobał sobie maltretowanie Knicksów, dzięki czemu zasłużył na kolejny przydomek - ''Knick Killer''. Maltretowanie Knicksów mogło wyglądać jak rzucenie dwóch trójek w pięć sekund...

...bądź na przykład zdobycie 25 punktów w czwartej kwarcie meczu.

To sprawia, że słynni fani Knicksów tacy jak Kostrzu czy Spike Lee nigdy nie tkną piwa Miller i na dźwięk tego nazwiska po dziś dzień budzą się zlani potem. Temu pierwszemu Reggie pokazał jak prawidłowo rzucać z wyskoku, temu drugiemu słynny gest zwany ''gilotyną''.

Dlaczego Reggie był moim bohaterem w czasach, gdy jeszcze dało się obejrzeć Wielką Ligę Wielkich Ludzi w polskiej telewizji, a na dźwięk słów ''Hej, hej, tu NBA'' milknęły wszystkie prowadzone chwilowo spory o wyższości Utah Jazz nad Chicago Bulls? Ciężko powiedzieć. Malone był silniejszy, Kemp skoczniejszy, Mullin miał fajniejszą fryzurę, Barkley fajniejszy brak fryzury, Stockton był jeszcze cichszym herosem, Hornacek miał najlepszy przedziałek i nazwisko, Mark Jackson grał efektowniej, a Jordan był najbardziej Jordanowaty. Jednak z wczesnego i średniego dzieciństwa najlepiej pamiętam właśnie Millera, przez którego długi czas myślałem, że koszykówka na najwyższym poziomie polega na natrętnym bieganiu wzdłuż linii rzutów za trzy w desperackich próbach urwania się obrońcy i oddawaniu celnego rzutu raz na cztery minuty.

Maniakalnie, z braku Internetu (tak, kiedyś było to możliwe!), przeszukiwałem gazety w poszukiwaniu drobnych choćby wzmianek o wynikach Pacers. Jeśli wygrali - dobrze. Jeśli wygrali i Miller rzucił dużo punktów - świetnie. Jeśli przegrali i rzucił punktów niewiele - tragicznie. Jeśli przegrali, a Miller błysnął - może być. W starciach Indiany z Nowym Jorkiem czy Chicago zawsze kibicowałem tym pierwszym - może dlatego, że bycie fanem Bulls kiedy byliśmy dziećmi było tak powszechne jak... jak bycie dzieckiem właśnie, a Patrick Ewing wydawał mi się obdarzonym nadludzką siłą mutantem pokroju Ivana Drago. Pacersi byli niszowi, czarny ładnie kombinował się z żółtym... złotym... z tym drugim, a Reggie był inny niż reszta koszykarzy. Chudy do granic możliwości NBA, ściśle wyspecjalizowany. Do tego wierny przez całe lata jednemu klubowi, choć chyba sam nie wierzył, że kiedykolwiek zdobędzie z nim mistrzostwo NBA. Zawsze bez względu na wszystko robiący swoje.

Tak mocno jak za niego i jego partnerstwo z Rikiem Smitsem, holenderskim gigantem, który mimo 224 cm wzrostu nie potrafił zbierać, nie trzymałem w żadnym zaoceanicznym sporcie kciuków za nikogo. Do dziś dla mnie przynajmniej, NBA już nigdy nie będzie taka sama. A właściwie jest taka sama, bo i wszyscy grający w niej dzisiaj koszykarzy wyglądają jakby wyszli spod jednej sztancy.

Łukasz Miszewski

Więcej o: