Sport.pl

Bohaterowie naszej młodości: Eric Cantona

Chelsea zdobyło tytuł mistrza Anglii. Kibice ''Czerwonych Diabłów'' dzielą się na tych, którzy już pogodzili się z tym faktem oraz tych, którzy uważają, że gdyby w piłkę wciąż grał Eric Cantona, nigdy by do czegoś takiego nie doszło. Niżej (dużo niżej) podpisany nie kibicuje wprawdzie Manchesterowi, ale zdecydowanie przyznaje rację tym drugim. Sylwetką niepokornego Francuza otwieramy nowy cykl na Z Czuba, który będzie pojawiał się na naszych łamach w Waszych przeglądarkach nieregularnie.

Dawno temu, kiedy zwrot ''strefa euro'' brzmiał jak coś, czym otoczono Czarnobyl, szczytem możliwości kart graficznych było wygenerowanie kwadratowych postaci z ''Sensible World of Soccer'', Antoni Piechniczek już był stary, a niżej (dużo niżej) podpisany kontynuował swoją edukację w murach podstawówki światem rządził Eric Cantona, który zdetronizował pieniądz. Tak się przynajmniej niżej (dużo niżej) podpisanemu zdawało.

Nie pamiętam pierwszych lat kariery piłkarskiej Francuza i jego burzliwej młodości w barwach Auxerre, Olympique Marsylia, Montpellier i Nimes. Dopiero po latach wyczytałem gdzieś, że w 1991 Cantona był bliski zakończenia swojej przygody z futbolem.

Niezadowolony z jednej z sędziowskich decyzji napastnik zbyt dosłownie zrozumiał swoją pozycję na boisku i rzucił arbitra piłką. Francuska Federacja Piłkarska zawiesiła go na miesiąc. Gdy piłkarz stawił się na przesłuchaniu komisji dyscyplinarnej, po kolei podszedł do każdego z jej członków, nazywając go idiotą, co dwukrotnie wydłużyło okres kary. Wściekły na tę decyzję, Eric postanowił w wieku 25 lat powiedzieć ''pas''. I teraz nie byłoby teraz tego tekstu, gdyby nie Michel Platini i Gerard Houllier. Ten pierwszy namówił go do powrotu do futbolu, ten drugi wskazał Wyspy jako najlepszy kierunek spożytkowania piłkarskiej agresji niepokornego talentu.

Nie pamiętam także krótkiego pobytu Cantony w Leeds, ani tego, jak Alex Ferguson sprowadził go do Manchesteru za 1,2 miliona funtów- sumę dużo mniejszą niż te, za które kupowano w tym roku innych piłkarzy. Jedni byli znakomici (Gianluca Vialli - transfer za 12 milionów funtów do Juventusu), inni byli Gianluigim Lentinim (13 milionów do AC Milan). Za to znakomicie pamiętam Erica już jako ''Czerwonego Diabła''. Zresztą ciężko go nie pamiętać, zwłaszcza, jeśli było się wtedy w wieku i fazie takiego otrzaskania futbolowego, że cała wiedza piłkarska zaczynała się człowiekowi właśnie na Cantonie a kończyła na nabranym podczas MŚ 1994 świętym przekonaniu, że Oleg Salenko jest snajperem dekady.

''Król Eryk'' spoglądał dumnie z okładek ''Piłki nożnej'' (tak mi się przynajmniej wydaje - na pewno z jednej okładki), a cała populacja podwórka była niemalże pewna, że to najwybitniejsza postać, jaka kiedykolwiek się narodziła na planecie Ziemia. Postać, która ćwicząc dośrodkowania odkryła prawo powszechnego ciążenia, wynalazła penicylinę i dobrze wymierzonym kopnięciem posłała na Księżyc Neila Armstronga.

Kto podczas szybkich sparingów za blokiem rozgrywanych między powrotem ze szkoły a obiadem miał koszulkę z zawodowym piłkarskim kołnierzykiem był gość. Kto ten kołnierzyk wzorem Cantony stawiał na baczność był supergość. Każdy upierał się też, by flamastrem nasmarować z tyłu t-shirtu magiczny numer siedem, a pamiętajmy, że było to jeszcze w czasach, gdy kariera Davida Beckhama, i tym bardziej Cristiano Ronaldo, ograniczała się do wygrywanych pojedynków jeden na jeden z nauczycielami podczas kartkówek z biologii. Pamiętam jego bramkę z roku 1996 strzeloną Sunderlandowi po rajdzie przez pół boiska, zakończoną idealnym, mistrzowskim podcięciem piłki, choć nie mam pojęcia gdzie ją widziałem, jako że o transmisjach Premier League wiedziałem wtedy tyle, że są. Są gdzieś indziej.

Pamiętam także, aczkolwiek przez bardzo grubą, bardzo gęstą mgłę, że nie mogłem uwierzyć, że drużyna mająca w składzie Cantonę i Jean-Pierre`a Papina oraz innych ludzików, którzy z tego prostego powodu, że grali u boku bogów, sami musieli być co najmniej półbogami, nie mogła wygrać jednego nawet spotkania na Euro 1992 w Szwecji. To było dla mnie niepojęte. Zresztą z reprezentacją Francji ''Król Eryk'' nigdy niczego specjalnego nie osiągnął.

To właśnie jednak między innymi Francuz sprawił, że w roku 1993 tytuł mistrzowski powrócił po 26 latach na Old Trafford. W ciągu 4,5 roku w Manchesterze wygrał z ''Czerwonymi Diabłami'' cztery razy ligę, trzykrotnie zdobywał Puchar Anglii oraz tyle samo razy Tarczę Dobroczynności. Był sercem, płucami, nerkami i rzeczonym już kołnierzykiem zespołu, od którego zaczęła się nowożytna potęga Manchesteru United i dzięki któremu lata liczy się teraz Od Narodzin Fergusona (obecnie mamy rok 68 o.n.f.). W roku 1996 Cantona został pierwszym w historii Pucharu Anglii kapitanem z zagranicy, który wzniósł nad głową to trofeum, choć co niektórzy bali się, że może je zjeść bądź zgwałcić.

Dlaczego się bali? Dlatego, że oprócz bycia wyśmienitym piłkarzem Cantona był także bardzo niespokojnym duchem, przy którym Żyd Wieczny Tułacz to mięczak. Jeszcze podczas gry we Francji Eric potrafił rzucić w szatni Montpellier korkami w twarz kolegę z zespołu, rzucał też o murawę koszulką Marsylii niezadowolony z powodu zdjęcia go z murawy - gdyby tylko popracował jeszcze nad wyskokiem, byłby z niego świetny shooting guard w NBA.

W roku 1988 wściekły na to, że selekcjoner kadry Francji Henri Michel nie powołuje go, nazwał trenera w jednym z pomeczowych wywiadów ''worem gówna''. Skończyło się to dla niego oczywiście banem na mecze międzypaństwowe na czas nieokreślony. Banem, który skończył się, gdy Michela wyrzucono, a na czele ''Trójkolorowych'' stanął inny Michel - Platini. Prywatnie wielki fan Erica.

Dowód na to, że ma głowę gorętszą niż powierzchnia Słońca Cantona przedstawił 25 stycznia 1995 podczas meczu z Crystal Palace. Francuz najpierw został wyrzucony z boiska (kopnął złośliwie Richarda Shawa), a potem, schodząc z murawy, kopanym ciosem kung-fu dopadł kibica rywali, niejakiego Matthew Simmonsa. Na zwołanej po zdarzeniu konferencji prasowej Cantona flegmatycznie powiedział tylko ''Gdy mewy podążają za kutrem, czynią tak, ponieważ myślą, że sardynki będą wrzucane do morza'', po czym wstał i wyszedł zostawiając za plecami skonfundowany tłum przybyłych dziennikarzy. ''Kiedy Francuz mówi o mewach, kutrach i sardynkach, ogłasza się go filozofem. Ja byłbym nazwany karłowatym szkockim durniem, który gada od rzeczy'' - podsumował wtedy Gordon Strachan. Gdzieś tam kołacze mi się w pamięci to, że ktoś z dorosłych dyskutował wtedy o ''wyczynie'' Cantony i potępiał go w czambuł. Na mój dziecięcy umysł to jednak nie podziałało - dla mnie wciąż był herosem. I dla moich kolegów również.

Za napaść na Simmonsa Cantona został skazany na 120 godzin robót publicznych, a Brytyjska Federacja Piłkarska zawiesiła go na dziewięć miesięcy, aż do października. Z wyraźną dziurą w składzie, którą starano się, zgodnie z duchem feng shui, zamaskować paprotką, Manchester nie obronił tytułu. W rolę ''Czerwonych Diabłów'' wcielili się tym razem zawodnicy Blackburn Rovers, a ich kibice z tego mistrzostwa cieszą się do dziś. Po powrocie wszystko jednak wrócił do normy. Świat rozpływał się nad grą i sposobem kierowania drużyną przez Francuza i gdyby szybko nie zareagowano, rozpuściłby się w oceanach.

''Oddałbym całego wypitego w życiu szampana, żeby móc zagrać razem z nim w ważnym europejskim meczu'' - twierdził George Best, inna legenda MU, przy czym należy pamiętać, że mowa tu o ilościach idących w kontenery i tiry, nie butelki. ''Po co komu Pele, gdy ma się Cantonę'' - entuzjazmował się komentator Martin Taylor. ''Jestem Bogiem'' - potwierdzał ''Król Eryk'' i ku zaskoczeniu wszystkich postanowił w wieku 30 lat definitywnie zakończyć piłkarską karierę. A potem zaczęło padać żabami.

Później Cantona pojawiał się jeszcze w kilku filmach, kampaniach Nike`a z serii ''Joga Bonita''...

...a także na Eurosporcie jako zawodnik i trener francuskiej kadry piłki plażowej, wyglądając jak skrzyżowanie bezdomnego z ''Kolesiem'' z ''Big Lebowskiego''. Ale jedno trzeba sobie otwarcie powiedzieć - dziś już takich piłkarzy jak Cantona nie ma. A teraz czas na tysiąc słów o ''Królu Eryku''...

...oraz wiele obrazów. I pięknych akcji.

Łukasz Miszewski

Więcej o: