Jak na igrzyskach skakano drużynowo

Niemal z każdymi zawodami drużynowymi w skokach na igrzyskach olimpijskich wiąże się ciekawa historia. O zwycięstwie decydowało m.in. 0,1 pkt czy przedwczesne zakładanie sobie złotego medalu na szyję. No i po prostu, fantastyczne skoki.

Pierwsze drużynowe zawody w skokach rozegrano dopiero na igrzyskach w Calgary, w 1988 roku. Na poprzednich kanadyjskich igrzyskach wśród skoczków rządzili Matti Nykaenen i Eddie Edwards, a styl V traktowano mniej więcej tak, jak spodnie norweskich curlerów - szyderczym uśmieszkiem. Polaków w stawce zabrakło, a najmocniejszym zespołem okazali się Finowie w składzie: Ari-Pekka Nikkola, Matti Nykaenen, Tuomo Ylipulli, Jari Puikkonen.

Srebro zdobyła Jugosławia, ale zdziwienie musi ustąpić w momencie przypomnienia nazwisk skoczków: Primoż Ulaga, Matjaż Zupan, Matjaż Debelak, Miran Tepes. Brzmi słoweńsko, prawda? Brąz dla Norwegów.

W 1992 roku w Albertville znów wygrali Finowie, choć bardzo blisko sukcesu byli Austriacy z Heinzem Kuttinem w składzie.

Kiedy na rozbiegu dużej skoczni w Courchevel stawał Toni Nieminen, drużyna Austrii miała ponad 30 pkt. przewagi nad Finlandią. Wspaniały lot Nieminena na odległość 122 m zgasił uśmiechy na pomalowanych narodowymi barwami twarzach austriackich skoczków. Ostatnim skoczkiem w konkursie był Andreas Felder. Musiał skoczyć 112 m (o 10 m mniej niż Nieminen), żeby jego drużyna zdobyła tytuł mistrzowski. Rutynowany Felder okazał się jednak mniej odporny psychicznie niż fiński 16-latek. Skoczył tylko 109,5 m i Austria przegrała złoto o 1,5 pkt. Nieminen został najmłodszym mistrzem olimpijskim w historii zimowych Igrzysk, a drużyna Finlandii obroniła tytuł zdobyty przed czterema laty w Calgary. Brązowy medal wywalczyli Czechosłowacy.

Igrzyska w Lillehamer 1994 i skok Masahiko Harady to chyba największa porażka, najbardziej zaprzepaszczona szansa w historii skoków, przynajmniej tych olimpijskich. Nie będę się mądrzył, bo świetną korespondencję dla Gazety zrobił Dariusz Wołowski:

Grupa japońskich kibiców wyglądała jak wykuta w skale. Pomalowane twarze wyrażały coś między zdziwieniem i przerażeniem. Japoński dziennikarz usiadł na śniegu, nacisnął czapkę na oczy i nie ruszył się przez kilka minut. Jens Weissflog z kolegami świętował niespodziewany sukces w drużynowym konkursie skoków. Przed ostatnimi skokami Weissfloga i Masahiko Harady Japończycy mieli aż 55,2 pkt. przewagi nad zespołem Niemiec. Weissflog uzyskał największą odległość w konkursie - 135,5 m. Mimo to Harada mógł skoczyć nawet 30 metrów mniej, a i tak Japończycy byliby mistrzami olimpijskimi.
Kiedy Harada stanął na rozbiegu, japońscy dziennikarze wyjęli telefony komórkowe, kibice wstali z miejsc. Krzyczeli i trąbili. Harada wyszedł z progu i za chwilę wylądował na 97,5 m. Na stadionie olimpijskim zrobiło się cicho. Nawet Norwegowie byli zszokowani. - Już przed ostatnim skokiem byłem pewny zwycięstwa. Czułem już złoty medal na szyi - zwierzał się Japończyk. - Skutek był taki, że wybiłem się z progu za wcześnie.

Wielkie rozczarowanie spotkało też Norwegów. Mistrzowie świata z Falun skakali słabo i zajęli tylko czwarte miejsce.

Igrzyska w japońskim Nagano w 1998 roku miały być więc wielkim rewanżem ze strony Japonii i wielką rehabilitacją samego Harady. Takanobu Okabe i Hiroya Saito wypracowali sporą przewagę dla gospodarzy, po czym na belkę wszedł Harada i... spadł z progu. 79,5 m, choć w fatalnych warunkach, przy mgle i gęsto padającym śniegu. Japonia spadła na czwarte miejsce.

- Jak wylądowałem, przed oczami stanęło mi Lillehammer - powiedział Harada. - Czyżby wszystko miało się powtórzyć? Nie mogę do tego dopuścić. Powiedziałem sobie, że koncentruję się na drugim skoku i staram się zapomnieć o pierwszym.

Po pierwszej pełnej kolejce prowadzili Austriacy przed Niemcami i Norwegami. Śnieg nadal padał tak gęsto, że co chwilę przerywano konkurs. Sędziowie zmniejszyli długość rozbiegu, skoki były bardzo krótkie. Wreszcie znów przyszedł czas na Haradę. 137 metrów, rekordowa odległość osiągnięta na skoczni w Hakubie.

Tytuł dla Japonii, srebro dla Niemców, brąz dla Austriaków. Polacy (Małysz, Kruczek, Skupień, Mateja) na ósmym miejscu.

Salt Lake City 2002 to opowieść o 0,1 pkt, czyli pięciu centymetrach. Walka toczyła się między Finami i Niemcami.

By zdobyć złoto, Janne Ahonen musiał skoczyć 3,5 m dalej niż Martin Schmitt. Skoczył 125,5 metra. - Proszę, proszę, proszę - szeptał Schmitt przed swoim ostatnim skokiem. Uzyskał odległość o dwa metry mniejszą, dostał o dwa punkty więcej od sędziów, ale... 20 tysięcy widzów zamarło w oczekiwaniu na wyświetlenie sumy punktów. Zamarł też sam Schmitt.

A wynik brzmiał:
974,1 - Niemcy.
974,0 - Finowie.

Brąz dzięki wspaniałym skokom Roberta Kranjeca zdobyli Słoweńcy. Polacy (Małysz, Tonio Tajner, Mateja, Pochwała) zajęli szóste miejsce.

W końcu Turyn 2006 - do obejrzenia tutaj. Cytując igrzyska na żywo: ''Rzeczywiście zachodziła obawa, że Morgenstern się zabije. Ale żyje. Austriacy wygrywają, za nimi Finlandczycy i Norwegowie. Polacy na piątym miejscu.''

Bartosz Nosal

Polecamy