Sport.pl

Z cyklu "Nieznani, a szkoda": Aleksander Wojtkiewicz

Kiedyś zaszachowaliśmy czytelników Z Czuba kombo ''Nieznanych'' - Ksawerym Tartakowerem z lewej i Akibą Rubinsteinem z prawej flanki. Czytelnicy z kolei w komentarzach domagali się chleba, igrzysk oraz tekstu o Aleksandrze Wojtkiewiczu. Wasze życzenie zostanie dzisiaj spełnione, zwłaszcza jeśli chodzi o to ostatnie żądanie. Igrzyska już niedługo, a co do chleba - no cóż... Musicie poradzić sobie sami. Przed lekturą tekstu ostrzegamy - happy endu nie będzie.

Aleksander Wojtkiewicz pierwszy ruch na szachownicy życia wykonał 15 stycznia 1963 roku, dokładnie tego samego dnia, którego prowincja Katanga dołączyła do Demokratycznej Republiki Konga, a sam mały Olek dołączył do spisu ludności łotewskiego miasta Ryga. Jego ojciec był Polakiem, matka Rosjanką, a ich dziecko przyszłym znakomitym szachistą. Jako że w stolicy Łotwy można głównie albo patrzeć na statki, albo rozmawiać z Łotyszami, albo zwiedzać Dom Bractwa Czarnogłowych, nasz mały bohater wybrał drogę niestandardową. Postanowił podpatrywać wielkiego arcymistrza i byłego mistrza świata Michaiła Tala i zostać szachistą. Początki Wojtkiewicza w czarno-białym fachu były znakomite. Gdy był w wieku lat 13, w którym my pisaliśmy smutne wiersze o opadających liściach, dziewczynie co dwa warkocze ma i oddawaniu się w objęcia Szatana, on rozgrywał partie publikowane w magazynie ''Szachy''. Cztery lata później został już z kolei wicemistrzem, a po kolejnych 12 miesiącach mistrzem Łotwy.

Wtedy też do jego drzwi zapukało pisane cyrylicą WKU, tłumacząc, że wojna na szachownicy wojną na szachownicy, ale radzieckiej ojczyźnie bardziej potrzebna jest umiejętność operowania czołgiem niż laufrem. Na prośbę władz, by przystąpił do długiego i zwartego szeregu poborowych Wojtkiewicz miał tylko jedną odpowiedź: ''Nie''. Swoje stanowisko utrzymał, nawet gdy wytłumaczono mu, że nie do końca była to prośba. W ówczesnych realiach i na tamtej szerokości geograficznej odmowa służby wojskowej była zbrodnią większą niż mylenie ''bynajmniej'' i ''przynajmniej'', szachowy geniusz musiał więc się ukrywać. Uciekł do Artysty Miasta Znanego Wtedy Jako Leningrad, gdzie przez kolejne cztery lata żył życiem burzliwym, utrzymując się głównie z hazardu. Jeździł także w tym celu do kurortów nad Morzem Czarnym i ogólnie rzecz biorąc, było bohemiarsko i artystycznie tylko że bez sztuki.

Wyczerpany tym trybem życia Wojtkiewicz w roku 1986 sam oddał się w ręce władz i dostał wyrok 28 partii szachowych dwóch lat więzienia, z których odsiedział półtora roku. Rezultatem spotkania Gorbaczowa z Reaganem było nie tylko kilka zdawkowych pocałunków, rozmów obu przywódców o pogodzie, ulubionej muzyce i broni dalekiego zasięgu, ale i amnestia, na którą się Wojtkiewicz załapał. Po wyjściu z więzienia postanowił odwrócić się od ręki, która przez kilkanaście miesięcy karmiła go czarnym chlebem i czarną kawą i wyjechać w 1988 roku do Warszawy. W ojczyźnie swojego ojca szybko zrobił furorę, dostał ofertę gry w Polonii Warszawa i niebawem i obywatelstwo. Wystartował w czterech finałach indywidualnych mistrzostw Polski, dwa razy zdobywając tytuł (1989, 1995) i dwa razy kończąc turniej na drugim miejscu (1992, 1996). Dwukrotnie (1989 i 1992) brał tez udział w drużynowych Mistrzostwach Europy, za pierwszym razem wracając ze srebrem z drugiej szachownicy. Rezultatem tych sukcesów był tytuł arcymistrza przyznany wreszcie naszemu małemu bohaterowi w roku 1990 czyli de facto o kilka lat za późno. O kilka lat za późno Wojtkiewicz znalazł się także w pierwszej światowej setce, a w 1990 i w 1992 reprezentował biało-czerowne barwy na Olimpiadach Szachowych.

Gdy wydawało się, że wszystko idzie ku happy endowi, najlepszy wówczas szachista naszego kraju zaczął grać coraz gorzej. Nie przykładał się do swoich partii, zdarzały mu się turnieje, które całkowicie zdawał się odpuszczać, nie podobały mu się kolejne płyty Iron Maiden. Zaczęto mówić o tym, że Wojtkiewicz zaczyna podążać śladami swojego mentora z lat młodzieńczych - Michaiła Tala, czyli poświęcać dużo więcej czasu alkoholowi, papierosom, kobietom i imprezom elektro niż szachownicom. Poświęcał je zaś głównie za oceanem, gdyż najwyraźniej uznał, że skoro reprezentanci Polski nie mogą podbić NFL, NHL, MLB, NBA czy innego KGB, to niech chociaż podbiją szachy. Ostatecznie to nie Wojtkiewicz podbił Stany, a one jego, gdyż szachista osiadł w Baltimore, zaczął reprezentować USA oraz Uniwersytet Maryland i pewnie był największą zmorą lokalnych komentatorów.  

Mimo pogarszającego się, wskutek trybu życia, stanu zdrowia, zamiast gabinetów lekarskich odwiedzał kolejne, rozsiane po całym świecie szachowe turnieje Szczególnie upodobał sobie organizowany przez Federację Szachową USA cykl Grand Prix, który wygrał w 1999. Widać za zwycięstwo dostał jakąś wyjątkowo fajny puchar, bo spodobał mu się tak, że nie oddał go aż do 2004, notując łącznie sześć kolejnych tryumfów. Fakt, że cykl ten jest niezwykle męczący i wymagający sprawił, że Wojtkiewicz otrzymał pseudonim Iron Man. Swój ulubiony tytuł stracił w 2005, ale w kolejnym sezonie postanowił go odzyskać i prowadził w klasyfikacji. Niestety, 14 lipca 2006 roku okazało się, że Iron Man nie jest wcale taki Iron, a fanom szachów przypomniał się inny, znacznie smutniejszy klasyk Black Sabbath. Przyczyną śmierci zaledwie 43-letniego arcymistrza okazała się choroba wrzodowa będąca wynikiem tego, że przez lata jego tryb życia można było określić na tysiące sposobów, ale na pewno nie jako ''sportowy''. Mamy nadzieję, że gdzieś tam po drugiej stronie toczy zacięte pojedynki z Talem, Tartakowerem czy Fischerem, chociaż nic nie zrekompensuje tysięcy partii, które miał jeszcze do rozegrania po tej bardziej zanieczyszczonej stronie lustra.

Andrzej Bazylczuk & Łukasz Miszewski

Więcej o: