Z cyklu "Nieznani, a szkoda": Chester Marcol

Chester Marcol

Chester Marcol

Udowadnialiśmy już Wam, drodzy czytelnicy, że jeśli można powiedzieć, iż polska historia NFL czymkolwiek stoi, to z pewnością stoi ona kickerami (czytaj: tymi, którzy w czasie meczu nawet nie zdążą się spocić, bo wychodzą tylko na chwilę, żeby kopnąć jajo). I sam Seba Janikowski jaskółki piłką nie strąca nie czyni, mało tego, jaskółek tych było wcześniej trochę. W tym wypadku to trochę oznacza dokładnie więcej niż jedną a mniej niż trzy, czyli dwie. Oprócz Richa Szaro był nią bowiem także niejaki Chester Marcol. Który po lekturze tego tekstu przestanie być ''niejakim'' a stanie się, przynajmniej dla Was, TYM Chesterem Marcolem.

Marcol, jak na słynnego zawodnika futbolu amerykańskiego przystało, przyszedł na świat w Opolu 24 października 1949 roku. Urodziny mógłby nasz mały bohater obchodzić zatem z najstarszym klubem piłkarskim świata Piechniczek Chargers Sheffield FC (starszym od niego o 92 lata), starszą już panią Włoską Inwazją na Etiopię (ur. 1935) oraz uprawiającym ten jeden jedyny prawdziwy futbol Waynem Rooneyem (młodszym o lat 36). Mały Marcol, posiadający jeszcze swojskie imię Czesław, za młodu nie wyróżniał się niczym specjalnym poza potężnym kopem, który powodował w Opolu spustoszenia większe niż gdyby spadały tam meteoryty. Kopanie szło mu na tyle dobrze, że podobno nawet pojawił się w narodowej młodzieżówce, w której mimo soczystego uderzenia, grał na bramce. Może więc zdarzyłoby się, że trafiłby do Klubu Wybitnego Reprezentanta, a dziś znałoby go każde dziecko nad Wisłą. Los jednak chciał, by poznało go każde dziecko w zupełnie innej części świata.

Wszystko przez rodzinną tragedię, a konkretnie samobójczą śmierć ojca. Owdowiała matka - Anna nie była w stanie utrzymać Czesia i trójki jego rodzeństwa, więc spakowała manatki i porzuciła polską ziemię na rzecz ziemi amerykańskiej, na której mieszkali jej krewni. 15-letni Marcol wylądował w Stanach bez znajomych i znajomości angielskiego, a autochtoni na jego nieśmiałe zapytania typu ''Futbol?'' wyciągali dziwną jajowatą rzecz, zamiast padać na podłogę i symulować faule. Przeobraził się za to jak Kordian w Konrada (czy jakoś tak) i umarł Czesław niech żyje Chester. Nie był to jednak Chester szczęśliwy, bo podobno tęsknił za domem a w kraju wielkich możliwości i wielkich hamburgerów nie mógł sobie znaleźć miejsca i był na najlepszej drodze do zostania pierwszym emo.

Pojawiła się jednak dobra wróżka, która jednak zamiast skrzydełek i sukienki miała dres, przyjęła bowiem postać pana od wuefu. Otóż gdy Marcolowa klasa grała w tę dobrą odmianę piłki Polaka wytypowano do strzelania rzutu karnego. Ten uderzył tak, że stojący między słupkami wfman nie zdążył nawet zareagować, a gdy się odwrócił odbita od muru piłka z olbrzymią prędkością uderza go w twarz, dzięki czemu doznał rozwalenia nosa i oświecenia. Wziął Czesia na futbolowe boisko i kazał mu kopnąć jajo między słupy - Czesio kopał z 30, 40, 50 i 55 jardów, a z kolejnymi trafieniami coraz szerzej otwierały się przed nim bramy amerykańsko futbolowego uniwersum. Zaopatrzony w nowy ulubiony sport, armatę w prawej nodze i nowe, lepsze i bardziej amerykańskie imię, Marcol ruszył więc na podbój hajskulowych rozgrywek futboloamerykańskich. Ruszył pieszo, bo dziadek chłopaka, któremu nie podobało się, że młody zamiast pomagać na farmie gra w jakąś durną lokalną grę zabronił komukolwiek odbierać go po treningach. Na złość dziadkowi Czesio jednak odmroził sobie uszy i kopał dalej.

Nie wiemy jak kopał w drużynie Imlay City High School z Imlay City w stanie Imlay City Michigan, ale podejrzewamy, że najmocniej w okolicy, za dużej konkurencji zresztą nie miał - miasteczko liczy sobie około 4000 mieszkańców. Może właśnie dlatego powierzono mu też funkcje wide receivera i returnera, który śmiga z piłką po wykopach przeciwnika. Najlepiej szło mu jednak kopanie, więc zaproponowano mu to by robił to dalej - i to w obu znaczeniach tego sformułowania. Kopanie nasz mały bohater kontynuował jako zawodnik niewielkiego Hillsdale College w prawie-że-ojczystym stanie i do dziś dzierży rekord tej uczelni, jeśli chodzi o najdłuższe uderzenie - w 1969 roku w meczu przeciwko Fairmont College walnął celnie z 62 jardów. Obiecujący kopacz został zatem wybrany z 34 numerem w drafcie 72 roku przez Green Bay Packers. Aczkolwiek wszyscy traktowali go jako wielką niewiadomą i niewielu liczyło na to, że 23-letni Chester Marcol naprawdę zaistnieje w NFL.

I ci ''niewielu'', gdyby tylko postawili na to jakieś rozsądne pieniądze, dziś znani byliby jako ''kupiłem jako pierwszy akcje Microsoftu, a Bill Gates parzy mi herbatę (ale po tym, jak wyczyści mi szczoteczką do zębów monitor)''. Między 1968 a 1971 dla Packersów kopali Mike Mercer, Jerry Kramer, Chuck Mercein, Erroll Mann, Booth Lustig, Dale Livingston, Lou Michaels, Tim Webster i Dave Conway. Wszyscy razem trafili 33 razy na 74 próby. W swoim pierwszym sezonie Marcol trafił również 33 razy, tyle że na 48 kopnięć, ze 128 punktami był najlepiej punktującym ligi, wybrano go też najlepszym pierwszoroczniakiem konferencji NFC i wręczono zaproszenie na mecz gwiazd (All-Pro). Na sezon przed przybyciem pierwszego w swej historii kickera reprezentującego rządzący dziś w NFL ''styl piłkarski'' ekipa z Wisconsin wygrała zaledwie 4 z 14 spotkań sezonu zasadniczego. Z Marcolową pomocą osiągnęła zaś bilans 10-4 i zajęła pierwsze miejsce w Central Division i awansowała do playoffs, w których jednak poległa 3-16 z Washington Redskins. Zgadnijcie kto zdobył jedyne punkt dla pokonanych. Tak, zgadliście - Marcol, o którym do dziś mówi się, że wywarł na drużynę Packersów największy wpływ ze wszystkich ''świeżaków'' jacy kiedykolwiek do niej dołączyli.

Drużyny, które grały przeciwko Green Bay wysyłały do blokowania kopnięć Chestera specjalnych zawodników, czasem nawet trzech. Gdyby mogły, wysłałyby też zapewne w tym celu batalion czołgów i eskadrę śmigłowców bojowych. Jedyne co mogło się Marcolowi nie podobać to jego kontrakt. Za pierwszy rok gry dostał 18 000 dolarów, za drugi zaledwie 3 000 więcej, co nawet jak na początek lat 70. było sumą niewielką. Wyznacznikiem tego, jak zależało na nim Packersom jest to, że po dwóch latach zerwali obowiązującą umowę i podpisali z nim nową, opiewającą na wyższą sumę.

Pochodzący z Opola chłopak stał się bohaterem w Wisconsin, o którego istnieniu kilka lat wcześniej nawet nie miał pojęcia. W Milwaukee powstała nawet restauracja Chester Marcol's Point After, której właściciele mieli wpłacić kickerowi 2 tys. dolarów miesięcznie za prawo do wykorzystania jego nazwiska. Jak to zwykle w bajkach bywa pojawiła się wróżka nie zobaczył ani centa. Kolejne sezony stanęły pod znakiem dobrej gry Marcola, który w 1974 zaliczył swój drugi mecz gwiazd i słabej całych Packers, którzy mogli spokojnie planować wakacje nie przejmując się takimi duperelami jak playoffs, gdyż były dla nich równie odległe jak dla nas randka z Megan Fox. I tak lata mijały, Chester kopał, Packers nie awansowali, a Szczęka Jacka Gmocha oddalała się od Europy (i została oddzielnym kontynentem). Aż znienacka nadszedł rok 1980 i zagranie, które dzięki któremu Marcol przeszedł do historii.

Na otwarcie sezonu Green Bay grali ze swymi największymi rywalami - Chicago Bears - po regulaminowych 60 minutach był remis 6:6 i o wyniku miała zadecydować dogrywka, ktora kończy się gdy tylko któraś z drużyn zdobędzie punkty. Pierwsi przed taką szansą stanęli Packers, którzy doszli dość blisko, by Marcol mógł kopać. Chester podszedł do piłki i uderzył, ale między nim a bohaterstwem stanęli obrońcy, którzy zdołali zablokować strzał. Piłka wróciła jednak do kickera, który jak na byłego bramkarza przystał bez problemu ją złapał... i zgłupiał. Po chwili jednak wrócił do siebie i ruszył z jajem w pole punktowe przeciwnika. Wtedy z kolei zgłupieli Bears, którzy nie zdołali go zatrzymać i po 25-jardowym rajdzie Czesio zaliczył przyłożenie. Touchdowny kickerów w przyrodzie występują mniej więcej z częstotliwością bramek Piotra Włodarczyka i nagich blondynek spadających z nieba, sami więc rozumiecie, jaki szał zrobił wtedy Marcolowy wyczyn, który dodatkowo zapewnił Packers zwycięstwo.

Sezon z najjaśniejszym punktem w karierze Marcola okazał się jego ostatnim w NFL. Wyszło bowiem na jaw, że Chester jest uzależniony od alkoholu i kokainy. Na wieść o tym Packers postanowili pozbyć się problemu razem z zawodnikiem i wyrzucili go z drużyny. W rozgrywkach AD 1980 pojawił się jednak jeszcze raz na boisku - Houston Oilers przed wyjazdowym meczem z Packers potrzebowali kickera, a że 30-letni weteran był na miejscu, podpisali z nim jednomeczowy kontrakt. Marcol odwdzięczył się aplikując dawnym kolegom 4 punkty (jedno kopnięcie z pola i jedno podwyższenie) i przyczyniając się do zwycięstwa gości 22:3.

W ciągu kolejnych lat Chester zamiast z boiskowymi przeciwnikami zmagał się ze swoimi nałogami. Na jakiś czas udało mu się z nich wyjść, ale te przegrupowały się i powróciły ze zdwojoną siłą. Apogeum nastąpiło w 1986, gdy Marcol próbował popełnić samobójstwo pijąc kwas z akumulatora. Przeżył, ale uszkodził sobie przełyk na tyle poważnie, że do teraz ma z nim problemy. Problemy ma także z sercem i choruje na wirusowe zapalenie wątroby typu C. Udało mu się jednak wygrać z nałogiem, chociaż kosztował go sporo, bo prócz zdrowia, rodzinę - żonę od niego odeszła, a z córką nie rozmawiała z nim przez lata.

Po powrocie do normalności Marcol założył nową rodzinę i ze swoją połowicą wersja 2.0 doczekał się trójki dzieci. Oprócz płodzenia marcolątek zajmował się też między innymi szkoleniem młodych piłkarzy i kickerów. 59-letni dziś autor jedynego polskiego przyłożenia w NFL mieszka obecnie w Dollar Bay w Stanie Michigan a wolny czas poświęca rodzinie i działalności na rzecz społeczności lokalnej. Wciąż jednak pasjonuje się futbolem i kibicuje Packers, którzy w 1987 włączyli go do swojego Hall of Fame. Podczas jednego z meczów podskoczył z radości tak efektownie, że zniszczył zabytkową lampę i od tamtego czasu ma od żony zakaz oglądania spotkań w salonie.

bazyl&miszeffsky

Polecamy