Z cyklu "Nieznani, a szkoda": Polska prehistoria NHL: Nick Harbaruk

Z małą przerwą na okołogortatowego Ivana Putskiego kontynuujemy naszą opowieść o polskiej epoce sprzed Mariusza Czerkawskiego w najlepszej, najszybciej i najbardziej upośledzonej dentystycznie lidze świata. Po tym odcinku już jej jednak kontynuować nie będziemy, bo skończyli nam się hokeiści z polskim paszportem, którzy zapukali do drzwi NHL i, co więcej, zostało im otworzone. Kolejny tekst pod roboczym tytułem ''Polak w północnoamerykańskiej lidze hokeja'' przewidujemy na wrzesień 2047.

Nasz dzisiejszy mały bohater na świat przyszedł 16 sierpnia 1943 roku w Drohiczynie w obecnym województwie podlaskim, która to miejscowość wcześniej została spalona przez Batu-chana (1241), zagarnięta przez Erdziwiłła (w tym samym roku), opanowana przez Daniela Halickiego (dziesięć lat później), spustoszona przez Barunda-chana (1260), zasiedlona przez Nad Niemnem Krzyżaków (1380), zniszczona przez Szwedów (1657), przeżyła wojnę polsko-bolszewicką (1920), okupację radziecką (1939-1941) i, kiedy ludzkości objawił się niewielkich jeszcze rozmiarów Harbaruk, hitlerowską.

Jako że wojny, rozboje i tajemnicze znikanie stad owiec nie sprzyjały rozwojowi hokejowych talentów, pięcioletni skrzydłowy szkrab wraz z rodziną wyemigrował do Toronto. Tam, już jako Harbaruk nieco większy (ściślej rzecz ujmując jako Harbaruk 180 centmetrowy i 90 kilogramowy) przez cztery lata, aż do sezonu 1963-64 grał w barwach Toronto Marlboros (cięcie sponsorowane przez kampanię unijną ''Rzuć palenie''). Nick próbował zaczepić się w zawodowej już lidze AHL dwukrotnie - raz jeszcze w czasie gry w barwach Drużyny-Której-Nazwa-Powoduje-Raka-I-Przyspiesza-Starzenie-Się-Skóry (jednomeczowy epizod w Pittsburgh Hornets), później rozegrał dwa spotkania dla Rochester Americans.

Tam mu się jednak najwyraźniej nie spodobało, bo przeprowadził się do Oklahomy, gdzie znalazł żonę, klub (Tulsa Oilers w lidze CPHL) i wykształcenie na lokalnym uniwersytecie. W ciągu pięciu sezonów zagrał dla Oliersów 330 spotkań, strzelając w nich 107 bramek i notując 164 asysty oraz łamiąc wiele nosów. W tym czasie zrobił też dyplom i zasłynął jako znakomity defensywny napastnik (jakkolwiek by to głupio nie brzmiało).

Pan magister uznał, że w takim razie nic po nim w Oklahomie (faktycznie, po jego wyjeździe wciąż jest tam wielkie nic - wiemy, znamy kogoś, kto tam był) i po krótkim epizodzie w Vancouver Canucks (wtedy jeszcze w WHL, 3 mecze, po jednej bramce i asyście) wylądował w NHL. Tymi, którzy go przygarnęli byli Pittsburgh Penguins, w niczym nie przypominający jednak sympatycznych pingwinków ze swoich uniformów. Bliżsi byli raczej pterodaktylom i szukali kogoś, kto potrafił wbić bliźniego w bandę. Zwłaszcza, jeśli bliźni nosił kostium drużyny przeciwnej. Słowem: szukali oni Nicka Harbaruka, który, nie dajcie się zwieść statystykom z Tulsa Oilers, wybitnym snajperem nigdy nie był, ale w pacyfikowaniu braci hokeistów miał już za to niezłego skilla, że tak sobie zawieśniaczymy.

Nasz mały bohater słynął nie tylko jednak z lodowiskowej twardości, wytrzymałości, siły i nazwiska, którego nie powstydziłby się żaden wiking (potężny Harbaruk, syn Agnaruka) - w momencie dołączenia do ligi był zaledwie jednym z czterech grających w niej hokeistów z uniwersyteckim wykształceniem. Nie wiemy, czy świadomość faktu, że mógł robić za miejscowego mądralę i bez problemu rozwiązywać sudoku (albo chociaż wiedzieć, że się je rozwiązuje, a nie zjada) pomagała mu w grze. Podejrzewamy jednak, że nie przeszkadzała, gdyż w swoich czterech sezonach w Pittsburghu Nick zagrał niemal w każdym meczu (łącznie w 308), czasem nawet oprócz łamania przeciwnikom kończyn i karier, strzelając w nich bramki (razem 40) i wystawiając krążek kolegom (61 asyst). Po czterech latach pensylwańskiej przygody i zwiedzania okolicznych hut oraz jedzenia surówek, Harbaruk przeniósł się do St. Louis Blues. W St. Louis Arena, gdzie wtedy pomykali Bluesmani najwyraźniej była wyjątkowo niewygodne ławka kar, bo nasz lodowo agresywny bohater bywał na niej wyjątkowo rzadko - w 56 meczach zaliczył zaledwie 16 min. przymusowego odpoczynku. Dorzucił do tego 4 bramki i 15 asyst, dzięki czemu zaliczył jedyny sezon w NHL, gdy więcej punktował niż przymusowo odpoczywał. Chyba uznał, że tak być nie powinno i na sezonie 1973/74 skończył swą przygodę z NHL.

Od 1974 liczący już 31 wiosen Nick śmigał po lodowiskach WHA ku chwale Indianapolis Racers. Ponoć w podjęciu decyzji o opuszczeniu NHL pomógł mu fakt, że świeżo utworzeni Racers potrzebowali kogoś, kto dowodziłby zespołem i nie żałowali pieniędzy na Harbarukowy kontrakt. Ekipa z Indianapolis z mapy hokejowego świata zniknęła już w 1979, w lodowych annałach zapisała się jednak tym, że chwile przed upadkiem pozwoliła stawiać pierwsze profesjonalne kroki ku degrejtestłanowości niejakiemu Wayne'owi Gretzky'emu. Harbaruk nie miał jednak wikipedii, więc o tym nie wiedział i na przybycie dzieciaka, który miał okazać się największym lodowiskowym wymiataczem w historii, nie poczekał. Po dobrym pierwszym sezonie w Racers, w którym zanotował 20 bramek i 23 asysty w 78 meczach znów przytrafiły mu się rozgrywki, w których zaliczył więcej punktów (42) niż karnych minut (26). Chyba trudno było mu żyć z tą świadomością, bo w połowie sezonu 1976/77 przeniósł się do Oklahoma City Blazers, gdzie znów więcej punktował (35 pkt) niż siedział (22 minuty). Najwyraźniej mocno go to wkurzyło, bo zakończył karierę.

Jak jednak pisał klasyk - coś się kończy, coś się zaczyna.W przypadku Harbaruka koniec zawodniczej kariery oznaczał początek jego przygody jako trenera, zaczął bowiem szkolić zawodników Seneca College. Z uczniakami z Toronto Nick podbił świat. No może nie cały, ale z jego częścią ograniczającą się do prowincji Ontario szło mu świetnie. Zaliczył bilans 118-25-3 i doprowadził swych grzdyli do trzech college'owych mistrzostw tego regiony oraz brązu i srebra na Canadian Finals (nie pytajcie co to jest - po prostu zanotujcie ten fakt).

I tutaj nasza wiedza o Nicku Harbaruku się kończy. Nie wiemy czy nadal zajmuje się wpajaniem dzieciakom jak rozpłaszczyć kogoś na bandzie czy może poświęcił się wyczynowymu wypasowi imadeł. Nie wiemy też czy jako były Pingwin na czas finałów NHL ma kosę z jedynym polskim Red Wingsem - Janem Miszukiem. Wiemy za to, że rozegrał 364 mecze w najlepszej z hokejowych lig, w której ustukał 120 punktów. Był więc jednym z budowniczych biało-czerwonej historii w NHL - budowniczych, których można policzyć na palcach jednej (delikatnie zmodyfikowanej) ręki.

bazyl & miszeffsky

Polecamy