Ruch Chorzów w finale Pucharu Polski, czyli bardzo nietypowe sprawy

Fot. Tomasz Wantu3a / AG

Jak zostać mistrzem Polski, zdobywając Puchar Polski? Albo: jak dojść do finału PP drużyną rezerw? Ruch Chorzów, który dziś zmierzy się z Lechem Poznań w decydującym boju o krajowy puchar, był sprawcą takich oto ciekawych wypadków.

Przygoda pierwsza

Kiedy w 1951 r. Ruch zdobył Puchar Polski, otrzymał za to mistrzostwo kraju. Był to jedyny taki przypadek w historii polskiej piłki. Jak do tego doszło?

4 lutego 1951 r. PZPN postanowił, by wyniki trwającego Pucharu Polski uznać za mistrzostwa Polski, a zdobywcę pucharu - za mistrza kraju. Pewnie nie był to najmądrzejszy pomysł, bo w tym czasie normalnie grała liga (genezy upatruje się w podobnej swego czasu organizacji rozgrywek w Związku Radzieckim), ale pretendenci szanse na tryumf mieli względnie równe. W momencie ogłoszenia decyzji w grze o krajowy puchar pozostawały 32 ekipy, z czego - w komplecie - dwanaście klubów ekstraklasy.

Od momentu gdy dokonano zmiany przepisów, Ruch w drodze po puchar i tytuł mistrzowski rozegrał... pięć meczów. Kolejni rywale to: LZS Grzybowice (5:2), Pogoń Szczecin (5:1), ŁKS (2:0), AKS Chorzów (4:2, po dogr.), i w finale, 16 września 1951 na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie - Wisła Kraków (2:0). Najciekawszy w tym wszystkim jest chyba fakt, że żadnego z tych spotkań, chorzowianie nie rozegrali na własnym boisku.

Najlepszymi strzelcami Ruchu (po 5 goli) w pucharo-mistrzostwach Polski roku pańskiego 1951 byli (licząc od 1/16 finału, czyli pierwszej rundy po decyzji PZPN) Henryk Alszer i legenda klubu, pan Gerard Cieślik.

Przygoda druga

W sezonie 1992/1993 do rozgrywek szczebla centralnego Pucharu Polski dostały się rezerwy Ruchu Chorzów. W pokonanym polu zostawiły: BKS Stal Bielsko-Biała, Polonia Bytom i Raków Częstochowa (po karnych). Tym sposobem, w 1/16 i 1/8 finału wystąpiły zarówno pierwsza drużyna Ruchu, jak i rezerwy. Co najzabawniejsze, do ćwierćfinału awansował tylko Ruch II, bo Ruch (nominalnie pierwszy) poległ w Łodzi z Widzewem.

Od tego momentu rezerwy były rezerwami już tylko z nazwy. Do protokołu sędziowskiego wpisywany był trener rezerw Ksawery Bibrzycki, ale zespołem z ławki kierował faktycznie Edward Lorens. W ćwierćfinale chorzowski zespół w najsilniejszym składzie pokonał Wisłokę Dębica, a w półfinale słabszy od ''Niebieskich'' okazał się Śląsk Wrocław. W finale ''rezerwy'' uległy rzutami karnymi GKS Katowice, a jedynym, którego strzał z jedenastu metrów nie trafił do bramki, był Radosław Gilewicz. Co ciekawe, ten sam Gilewicz niecałe trzy tygodnie wcześniej zdobył w meczu ligowym z Katowicami zwycięskiego gola.


Z jednej strony wcale nas nie zdziwiły, a z drugiej jednak rozbawiły trochę finałowe wspomnienia Grzegorza Wagnera z Ruchu. Czasy się zmieniają, a Piotr Świerczewski nic nie stracił z młodzieńczego animuszu (obaj panowie na zdjęciu podczas gry).

Podczas finału niewiele brakowało, bym pobił się z Piotrem Świerczewskim. Miałem z nim kilka starć, strasznie faulował. Stanął ze mną nos w nos. No, może nie nos w nos, bo jest ode mnie mniejszy, ale był blisko. Na szczęście w tym momencie przybiegł Piotrek Lech i mnie uspokoił

- mówił Wagner w książce ''Ruch Chorzów'' z kolekcji klubów EP Fuji.

 

Bartosz Nosal

Polecamy