Sport.pl

Z cyklu "Nieznani, a szkoda": Paul Hunter

Historią Andy'ego Fordhama, trochę przypadkowo, zaczęliśmy minicykl o sportowcach, którzy niby i znani są, ale tylko zapaleńcom pasjonującym się niszowymi u nas sportami. Po gwieździe darta przyszła kolej na snookerzystę. Długo zastanawialiśmy się którą z barwnych gwiazd tej dyscypliny wybrać. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na ?Davida Beckhama zielonego stołu? - Paula Huntera. Ostrzegamy - nie będzie happy endu.
Paul Alan Hunter pojawił się na świecie w Leeds 18 października 1978 roku. Naszym zdaniem był to najważniejszy 18 października w historii Anglii od 912 lat, gdy Wilhelm Zdobywca poprowadził drużynę Normanów do efektownego zwycięstwa nad Anglosasi United w spotkaniu pod Hastings (jedna z decydujących akcji tamtego meczu).

Mały Paul już od najmłodszych lat przejawiał zamiłowanie do zabaw z kijem. Szybko okazało się, że nie dość, że to lubi, to jeszcze w dodatku ma talent. Dostrzegli to jego rodzice, którzy zdecydowali się na krok, jaki naszym w życiu nie przyszedłby do głowy (może dlatego, że nie wierzyli w nasze sportowe predyspozycje) - pozwolili, aby nasz mały, bo mniej więcej 14-letni, bohater poświęcił szkołę dla rozwijania swych snookerowych umiejętności. Manewr ten przyniósł efekty, gdyż prowadzony przez mistrza świata z 1986 roku - Joe Johnsona, Hunter siał spustoszenie na juniorskich turniejach, w finale jednego z nich ulegając należącemu dziś do czołówki światowego snookera, jednemu z naszych ulubionych sportowych grubasów - Stephenowi Lee. Prócz porażki w decydującym spotkaniu ze swym cztery lata starszym kolegą, młody Hunter zaliczył między innymi tryumf w Pontins Star of the Future i dwukrotnie sukces w Leicester Junior Open.

W wieku 17 lat Paul postanowił przejść na zawodowstwo i już w swym pierwszym sezonie pokazał, że serca fanów (i fanek) potrafi podbić nie tylko urodą, ale też znakomitą grą. W 1996 zabrnął do ćwierćfinału Welsh Open, gdzie zmierzył się z ówczesnym numerem jeden - Stephenem Hendrym. Ku zaskoczeniu wszystkich, blond-przystojniak odprawił weterana i stał się najmłodszym snookerzystą, który dostał się do półfinału turnieju rankingowego. Tam jednak nie sprostał Johnowi Parrottowi. Swój debiutancki sezon Hunter zakończył na 78 miejscu . Pozycję tę poprawił rok później, gdy został numerem 43 na świecie, między innymi dzięki awansowi do UK Championship. Sezon 1997/98 Paul rozpoczął bez wielkich sukcesów, ale za to ze sporym gronem oddanych kibiców i wiernych kibicek. Formę odzyskał na Welsh Open. Tym razem w półfinale trafił na snookerowego nudziarza - Petera Ebdona, którego pokonał gładko 6-1. W ostatnim meczu turnieju sprawił kolejną niespodziankę, odnosząc zwycięstwo nad jednym z najlepszych zawodników w historii - Johnem Higginsem i stał się tym samym drugim najmłodszym zawodnikiem mającym na koncie turniejowy tryumf. Podczas meczu z Higginsem Hunter zaliczył piorunującą końcówkę i chociaż przegrywał 2-4 zwyciężył 9-5. Do końca sezonu udało mu się zaliczyć jeszcze kilka niezłych występów i wylądował na 24 miejscu wśród zawodowców. Jego talent docenili też zajmujący się snookerem dziennikarze, którzy przyznali mu tytuł Młodego Zawodnika Roku. Paweł Brożek otrzymywałby w Polsce to wyróżnienie do osiemdziesiątego roku życia.

Kolejny rok, chociaż nieokraszony turniejowym tryumfem, był kolejnym krokiem w drodze Paula na szczyt. Zaliczył kilka dobrych występów, udało mu się też po raz pierwszy w karierze awansować do Mistrzostw Świata. Pożegnał się jednak z nimi już w pierwszej rundzie, kiedy to po zaciętym meczu uległ 10-8 późniejszemu zwycięzcy - Stephenowi Hendry'emu. Po sezonie 1998/99 młody Anglik był 12 najlepszym snookerzystą świata. Kolejny rok rozgrywek nie był w jego wykonaniu tak dobry. Piękny, młody i utalentowany gwiazdor zamiast trenować, zainwestował bowiem w to, w co zwykli swój czas inwestować piękni młodzi i utalentowani gwiazdorzy. Czyli bynajmniej nie w kolekcjonowane maniakalnie zestawy szachów i koniki na biegunach. Wprawdzie swoim fanom oszczędził ekscesów tego typu, jednak i tak z Hunterem łatwiej było spotkać się w pubie lub na imprezie niż przy bilardowym stole. Zaowocowało to dwumiejscowym spadkiem w rankingu. Na sezon 2000/2001 Paul wytrzeźwiał i z imprezowego gogusia przekształcił się w maszynę do wbijania bil. W sześciu kolejnych turniejach dochodził co najmniej do ćwierćfinału, a w Welsh Open przegrał dopiero w finale z Kenem Dohertym. Gdy więc 4 lutego 2001 roku rozpoczął się niezwykle prestiżowy, chociaż nierankingowy, turniej Masters (wtedy jeszcze Benson & Hedges Masters), Paul był jednym z faworytów. Zgodnie z oczekiwaniami 22-latek grał świetnie i awansował do finału. Tam jednak czekał Fergal O'Brien, który w toczonym do 10 wygranych frame'ów meczu prowadził już 6-2. Paul zawsze miał jednak Plan B, dzięki któremu często udawało mu się wracać do wydawałoby się, że już przegranych spotkań. Jak przyznał w pomeczowym wywiadzie, który zaszokował opinię publiczną, słowo "B" w nazwie planu oznacza ni mniej, nie więcej jak "bonk", czyli slangowe, brytyjskie określenie stosunku płciowego. Okazało się, że Hunter, choć jak sam przyznał na seks nie miał ochoty, wyskoczył w czasie meczu na chwilkę ze swoją żoną i po dziesięciominutowym relaksie wrócił do snookerowego stołu. Tam zaś grał już jak młody bóg, pokonując O`Briena bez żadnego problemu.

Rok później po raz kolejny wyszło na jaw, że Hunter to dla kibiców snookera nie tylko stały dostarczyciel wrażeń estetycznych, ale i emocji. W kolejnym finałowym starciu Welsh Open z Markiem Williamsem powrócił, mówiąc językiem Dariusza Szpakowskiego, z dalekiej podróży i przegrywając już 0-5, zwyciężył ostatecznie 10-9. Nie wiemy, czy udało mu się to dzięki Planowi B, Planowi Podwójne B, czy też jakiejkolwiek innej seksualnej dewiacji, jakiej się oddał, faktem jest, że osiągnął prawie niemożliwe. Tym samym został także zaledwie trzecim zawodnikiem w historii, który utrzymał tytuł mastera Masters. W tym samym roku wziął też rewanż nad swoim pogromcą z finału Welsh Open z poprzedniego roku, Kenem Dohertym, pokonując go gładko w finale tej imprezy, później udało mu się także wygrać British Open. Nic więc dziwnego, że wszyscy wstrzymali oddech w oczekiwaniu na to, kiedy blondwłosy cherubin zostanie niepodzielnym imperatorem snookerowego uniwersum. W czasie mistrzostw świata 2003 Paul bliski był udowodnienia tłumom, że ten moment już nadszedł, jednak w epickiej półfinałowej bitwie z Kenem Dohertym poległ 16-17. Cały ten rok był jednak dla Huntera co najmniej niezły - wygrał jeden turniej, w czterech innych doszedł do półfinału, a w trzech kolejnych do ćwierćfinału. Dzięki temu, po raz pierwszy w życiu, już nie tyle pukał do, co wreszcie wyważył drzwi od czołowej ósemki światowego rankingu, lądując właśnie na miejscu numer osiem.

W roku kolejnym Paulie wciąż był na topie i po raz trzeci w ciągu ostatnich czterech lat wygrał Masters, po raz trzeci też w stosunku 10-9. Tym razem ofiarą blondwłosego psychopaty padł Ronnie O`Sullivan. Wszyscy oczekiwali, że Hunter zapoluje na tytuł światowego czempiona, jednak w turnieju mistrzowskim już w pierwszej rundzie padł od strzałów z kija swojego przyjaciela, Matthew Stevensa. Cały rok zakończył jednak z czwartą, najlepszą w swojej karierze, pozycją rankingową. Niestety, choć nikt tego nie przewidywał, nigdy nie miał już zajść wyżej.

Cały snookerowy świat wstrzymał oddech w kwietniu 2005, gdy okazało się, że jego złote dziecko cierpi na raka okrężnicy. Nagle wszyscy, łącznie z tymi, którzy zazdrościli mu sławy, talentu, pieniędzy oraz pięknej żony zaczęli wspomagać go w walce z chorobą. Sam Hunter obiecał, że mężnie stawi jej czoła. W sezonie 2005/06 startował w turniejach i mimo, że poddawany był chemioterapii, wciąż grał. Wyraźnie widać było jednak wpływ nowotworu, a Hunter podczas spotkań musiał zmagać się nie tylko z przeciwnikami, ale także bólem spowodowanym chorobą i leczeniem. Przez cały sezon udało mu się wygrać zaledwie jeden mecz. Swój ostatni pojedynek rozegrał 17 kwietnia 2006 roku podczas Mistrzostw Świata - przegrał z Neilem Robertsonem 10-5. Porażka ta sprawiłam, że wypadł z czołowej 32 snookerzystów. Aby dać mu czas na leczenie Światowy Związek Zawodowego Bilarda i Snookera (WPBSA) postanowił zamrozić jego pozycję - 34 - na cały sezon 2006/07. Niestety, na początku października stan Huntera pogorszył się i przewieziono go do hospicjum w Huddersfield. Tam też w poniedziałek 9 października jego nierówna walka z chorobą dobiegła końca. Pięć dni później skończyłby 28 lat. Śmierć Paula była dla całego snookerowego świata ciosem. Trudno znaleźć choćby jednego zawodnika, który kiedykolwiek powiedział o nim coś złego. Wszyscy podkreślają za to, że był facetem, którego nie dało się nie lubić - pogodnym, otwartym i mającym zawsze czas dla fanów.

Paula Huntera pochowano 19 października w jego rodzinnym Leeds. Młodej gwieździe snookera oddała cześć cała światowa czołówka tego sportu oraz tysiące fanów. Jednym z niosących trumnę był wspomniany już Matthew Stevens. Na cześć Paula, nierankingowy turniej, który Anglik wygrał w 2004, Snooker German Open, przemianowano na Paul Hunter Classics. Część zawodników dążyła też, aby upamiętnić Huntera, zmieniając nazwę turnieju Masters bądź trofeum dla jego zwycięzcy, jednak działacze WPBSA uznali, że lepszym pomysłem będzie ufundowanie na jego cześć stypendium dla młodych zawodników. Przyznano mu też pośmiertnie nagrodę imienia Helen Rollason przyznawaną brytyjskim sportowcom za wybitną postawę i walkę z przeciwnościami losu.

Dla nas Paul Hunter na zawsze będzie dwudziestokilkuletnim uśmiechniętym blondynem z rozwianą grzywą, składającym się do wbicia kolejnej czarnej bili. Mamy nadzieję, że po drugiej stronie rozstawia po kątach wszystkich, którzy mierzą się z nim przy niebiańskim snookerowym stole i że tam udało mu się w końcu, to czego nie zdążył zrobić tutaj - wbił maksa.