Sport.pl

Idźcie w cholerę

Nie jesteście polskiej piłce potrzebni. Przeszkadzacie. Chcemy na trybunach białe kołnierzyki i dzieci. Chcemy popcornu i coca coli. Was nie chcemy. Przeszkadzacie w budowie polskiej piłki. Niszczycie coś, czym my chcielibyśmy się emocjonować. Przynosicie nam wstyd, choć nie mamy z wami nic wspólnego.
Wiecie co trzeba było zrobić, by pojechać na mecz w Wilnie? Kupić bilet . A wiecie jak się organizuje wyjazdy w cywilizowanych klubach? Wejściówki sprzedaje klub (w tym wypadku Legia). By je kupić trzeba pokazać kartkę kibica, na której jest zapisany PESEL, imię matki, ojca, adres, numer paszportu, buta i kilka innych danych. Pierwszeństwo przy kupnie biletów mają posiadacze karnetów, jeśli wejściówek jest mało, decyduje "staż" w kibicowaniu (wszystko jest zapisane na karcie kibica). Co to daje? To, że jeśli ktoś był na 40 meczach wyjazdowych i niczego nie zdemolował, to prawdopodobieństwo, że tym razem coś zdemoluje jest minimalne.

Dziś prezes Legii Leszek Miklas mówi , że "żaden z tych bandytów nie wejdzie już na stadion". Kilka zdań dalej dodaje, że "nie pamięta meczu w Europie po którym nie płacilibyśmy kary. W ubiegłym roku kara wyniosła 180 tys. zł." Czyli w meczach np. z Austrią Wiedeń, bandyci też zachowywali się źle (póki co UEFA nie daje kar za dobre zachowanie), ale o zakazach stadionowych nikt nie pomyślał. Nikt nie pomyślał, by uniemożliwić chuliganom kolejne wyjazdy. Dopiero jak drużynie grozi wykluczenie z europejskich pucharów władze obiecują kroki, nie, nie radykalne. Logiczne.

ITI jest właścicielem Legii już trzy lata. Przez ten czas nie zrobiło nic, by wygonić debili z Łazienkowskiej, mimo że byłoby korzystne z każdego, także biznesowego punktu widzenia. Ile zyskuje klub na chuliganie, który pojawia się na trybunach, a następnie je demoluje (u siebie, czy na wyjeździe - bez znaczenia)? Nic. A ile by zyskał na białym kołnierzyku, który kupi synowi czapeczkę, koszulkę i naje się popcornu na trybunach? Ale on na Legię nie pójdzie, nawet nie dlatego, że się boi (chociaż dzięki takim pokazom jak wczoraj "kibic" znaczy "chuligan"). Po co uczyć dzieciaka agresji? Ubierać w koszulkę, która jest atrybutem bandyty? Kiedy rok temu byliśmy na Stamford Bridge przed nami siedziała czteroosobowa rodzina, rodzice i dwie córki. Starsza co chwilę trącała ojca, by przestał się wydzierać, a ten uparcie powtarzał "Come on, Franky!!!" Wszyscy byli od stóp do głów ubrani w rzeczy obrandowane logami Chelsea. Poszli na mecz, tak jak w Polsce idzie się na spacer do parku albo do kina.

Gdy miesiąc temu byliśmy w Derby, przed barażowym spotkaniem o Premier League z Southampton, całe miasto żyło tym meczem. Kobieta w McDonaldzie, recepcjonistka w hotelu i taksówkarz. Lokalna gazeta wydała specjalny dodatek. Dwie strony zajmowała biało-czarna szachownica (barwy Derby), którą każdy mógł wyrwać i zanieść na stadion. Gazeta namawiała, by ubrać się na biało-czarno. I cały stadion taki był. Cały stadion przez 120 minut dopingował gospodarzy. Nie było "Żylety", tzw. oprawę zorganizowała lokalna społeczność. W Polsce nikt na to się nie odważy, bo zdemolowanie stadionu średnio leży w interesie miasta.

W Derby siedzieliśmy tuż przed lożami dla VIPów. Młodzi ludzie w garniturach i pod krawatem szaleli tak jak ci siedzący na miejscach za kilka funtów. Też śpiewali, gwizdali, emocjonowali się. Przyjście na stadion było trendy. A jakie jest przyjście na Legię?

Rozumiecie? Nie jesteście polskiej piłce potrzebni. Jesteście jak wrzód. Chcemy na trybunach białe kołnierzyki i dzieci. Chcemy popcornu i coca coli. Damy radę bez kartoniad i rac (po próbie wniesienia racy na mecz Premier League do końca życia oglądalibyście mecze w Sky Sports). Przeszkadzacie. Przeszkadzacie w budowie polskiej piłki. Przeszkadzacie w ściąganiu do niej sponsorów. To przez was piłka jest w Polsce traktowana jak rozrywka dla troglodytów. To także przez was piłka klubowa jest w tym miejscu, w którym jest. Idźcie w cholerę. I nigdy nie wracajcie.